Jedenasta przygoda. Daleka droga do Wellington!

Wellington – stolica Nowej Zelandii. Miejsce, którego nie mogliśmy pominąć. I to tak dosłownie – bo płynąc promem z południowej wyspy na północną, dopływa się właśnie do tego miasta. Zanim jednak w ogóle wsiedliśmy na prom, musieliśmy pokonać 760 km. Tyle właśnie wynosi odległość pomiędzy Hawea – gdzie przebywaliśmy – do Picton, z którego odpływa prom.

 

Byliśmy już nieco zmęczeni autostopem, ale postanowiliśmy po raz ostatni skorzystać z tej formy podróżowania. Z Hawea do Christchurch w którym zamierzaliśmy nocować jest ponad 400 km, dlatego nie byliśmy do końca pewni, czy uda nam się pokonać tę trasę w jeden dzień. Pracowniczka hostelu z Hawea podwiozła nas na drogę ekspresową, a nawet podarowała karton i mazak, abyśmy zrobili sobie tabliczkę.

Znów nie czekaliśmy długo. Po jakichś 20 minutach zatrzymała się para z Hong Kongu, która jechała właśnie do Christchurch! Po drodze zatrzymaliśmy się w dwóch miescach. Pierwszym z nich było Omarama Clay Cliffs, czyli klify z gliny. Miejsce to wygląda jak z Księżyca!

Drugim miejscem było jezioro Tekapo. W pierwotnym planie chcieliśmy się tam zatrzymać na noc. W Tekapo znajduje się park czystego nieba – najciemniejsze miejsce w całej Nowej Zelandii (nic dziwnego: w promieniu 150 km nie ma tu chyba żadnych miejscowości). Znajduje się tutaj wspaniale obserwatorium astronomiczne. Ponieważ jednak wizyta w obserwatorium kosztuje 150 kiwi dolarów, a noclegi również są drogie, z żalem zrezygnowaliśmy. Dodatkowo była pełnia, która nie sprzyja podziwianiu gwiazd.

Tekapo jednak warto odwiedzić choćby przejazdem. Znajduje się tam ciekawy, postawiony na brzegu jeziora kościółek. Kościółek jest bardzo skromny. A w miejscu za ołtarzem, gdzie normalne znajduje się złote krzyże i obrazy, wstawiono ogromne okno, przez które widać jezioro i ośnieżone wierzchołki gór. Naprawdę piękna budowla.

Jezioro Tekapo

Para z Hong Kongu była tak miła, że w Christchurch podrzucili nas najpierw do supermarketu (tzn. sami również zrobili zakupy) a potem pod sam hostel. W Christchurch spędziliśmy dwa dni. Jednego z nich poszliśmy do centrum wspinaczkowego na sesję boulderingową. Drugiego upiekłam muffiny czekoladowe, które wyszły idealnie – dowód na to, że są w Nowej Zelandii hostele, w których kuchniach naprawdę można poszaleć.

Ponieważ byliśmy już zmęczeni autostopem, do Picton – skąd odchodzi prom do Wellington – postanowiliśmy dostać się autobusem. Z Christchurch do Picton jest 340 km, podróż zajęła pół dnia. Po drodze przy morzu widzieliśmy mnóstwo fok.

W Picton znajduje się najlepszy hostel w jakim zatrzymałam się podczas całej mojej siedmiomiesięcznej podróży. Polecam go całym sercem! Hostel nazywa się The Villa Backpackers Lodge. Panuje w nim naprawdę rodzinna atmosfera. Oprócz darmowego śniadania, pracownicy codziennie wieczorem pieką dla gości jabłkowe crumble z lodami. Prócz standardowych wygód w nowozelandzkich hostelach typu przytulny salon z kominkiem, wymiana książek itd. w the Villa na gości czeka darmowe jacuzzi. Za darmo można również wypożyczyć sobie rowery czy wędki.

Żałowaliśmy, że zarezerwowaliśmy już bilety na prom na następny wieczór, bo z chęcią zostalibyśmy w tym miejscu na dłużej niż na jedną tylko noc. Tym bardziej, że w Picton jest co robić: wokół miasteczka znajdują się fajne szlaki trekkingowe, punkty widokowe itd.

Przeprawa promem z Picton do Wellington trwa trzy godziny. Na początku płynie się ciekawie wzdłuż długiej zatoki, jest więc co oglądać: małe wysepki, urwiste klify i tym podobne. Potem wypływa się na otwarte morze, gdzie jest już nieco nudniej. Drugą część podróży spędziłam więc na czytaniu książki.

Słynąca z wietrznej pogody stolica Nowej Zelandii ma ok. 412 000 mieszkańców. Niby porównać to można z takim Poznaniem, w którym studiowałam (540 000 mieszkańców) ale przestrzennie wszystko jest zagospodarowane zupełnie inaczej. Wellington położone jest na wzgórzach. Centrum nazwałam Little London – czyli Mały Londyn.

Szklane wieżowce przypominają londyńskie Canary Wharf. Dookoła nich pełno jest chińskich restauracyjek, kebabowni i punktów sprzedających ryby z frytkami. Jest tłoczno i hałaśliwie. Ale centrum jest stosunkowo małe – potem są już tylko osiedla, spore domy jednorodzinne z wielkimi oknami bez firanek.

Stolica Nowej Zelandii nocą…

W Wellington zatrzymaliśmy się w drugim najgorszym hostelu w jakim miałam nieprzyjemność gościć (pierwsze miejsce przyznaję hostelowi w Auckland). Okazało się, że nasz pokój nie ma okna. Podobnie zresztą jak kuchnia, w której znajdowała się jedna jedyna, zdatna do użytku patelnia. Ponad to w całym hostelu zamontowano ostre, białe światło – przez co czułam się tam jak w więzieniu.

Na szczęście spędziliśmy dobrze czas poza hostelem. Pierwszego dnia poszliśmy co centrum wspinaczkowego na wspinaczkę sportową i bouldering. Liny nie spodobały mi się (być może mam wygórowane oczekiwania po The Castle). Było tłoczno, poziom trudności wysoki, a instruktorka odbębniła swą pracę po macoszemu – mimo, że Mikael miał styczność z linami po raz pierwszy. Nic dziwnego, że uznał, że bardziej lubi bouldering (ja również). Ściana do boulderingu była naprawdę fajna i udało mi się ukończyć na niej kilka ciekawych problemów.

Centrum wspinaczkowe w Wellington to jednak nie to samo co londyńskie The Castle…

Następny dzień spędziliśmy na rowerach górskich. (Tym razem przy zdecydowanie lepszej pogodzie niż w Queenstown). Wellington to miejsce idealne dla miłośników pełnej wyzwań jazdy. Wokół miasta znajduje się aż 350 km tras o najróżniejszym poziomie trudności. Udaliśmy się do położonego na rozległych wzgórzach, porośniętego gęstymi krzewami parku zaprojektowanego specjalnie pod rowery. Trasę zaproponował nam sprzedawca ze sklepu, z którego wypożyczyliśmy nasze rowery. Nie była to trasa ani bardzo łatwa ani bardzo trudna. Ścieżki były bardzo kręte, wąskie i błotniste.

Pierwsza część trasy wiodła cały czas łagodnie pod górę. Potem wjechaliśmy na wierzchołek, z którego roztaczał się cudowny widok na całe Wellington. A potem mieliśmy jakąś godzinę jazdy w dół – gdzie od razu przypomniało mi się Luang Prabang z Dylanem. Tu przynajmniej nie miałam łez w oczach i żołądka w gardle. Ale po czterech godzinach jazdy cała byłam zmieszana z błotem. Miałam je nawet na twarzy. Było nam wstyd wejść do autobusu. Mimo wszystko – było warto! 🙂

Wybraliśmy się również do Ogrodów Botanicznych. Mają fajny stawik z kaczkami, ale mimo to nie zrobiły na mnie ogromnego wrażenia – ogrody w Christchurch i Dunedin są o wiele lepsze.

Byliśmy również w muzeum Te Papa. Wiele osób, które spotkaliśmy na swojej drodze, nam je polecało. Dla mnie jednak jest to najgorsze muzeum, w którym kiedykolwiek byłam!

Najpierw zszokowała mnie wystawa o bitwie pod Gallipoli, w której Nowa Zelandia brała udział. Przygotowano ją wraz ze studio filmowym, któe wyprodukowało m.in. Władcę Pierścieni. I zapewne przez to wystawa opierała się wyłącznie na efektach specjalnych, a wojnę przedstawiono tam w możliwie najbardziej rozrywkowy sposób. Wyglądało to jak świat gry komputerowej, a nie przedstawienie prawdziwej historii. W jakiś sposób mnie to nawet oburzyło. Napisałam co myślę o tej wystawie we wpisie pamiątkowym, ale szczerze wątpię, by ktoś go przeczytał, a co dopiero się nim przejął…

Ponad to w muzuem była najsłabsza wystawa sztuki współczesnej, jaką kiedykolwiek widziałam. Był tam np. naszyjnik z wypchanych kaczątek – ale bez najmniejszego wyjaśnienia, po co, na co itd. Odniosłam wrażenie, że takie eksponaty miały jeden cel: zszokować.

Po trzech dniach byliśmy już zmęczeni miastem. Postanowiliśmy wrócić do tego, z czego Nowa Zelandia słynie najbardziej – do przyrody. Tym razem w wydaniu iście północnym: z gorącymi źródłami, błotnymi bajorkami oraz widokami rodem z Jurassic Park! Ruszyliśmy do Taupo 🙂

 

Wszystkie fotografie z dzisiejszego wpisy są autorstwa Mikaela. (Hmm… Przyznaję, że Wellington nie było najczęściej fotografowanym przez nas miejscem w Nowej Zelandii 🙂) Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: