Dziewiąta przygoda. Moje miejsce w Nowej Zelandii. Wanaka!

Licząca ok. 8 000 mieszkańców Wanaka położona jest u brzegu ogromnego jeziora. Otoczona jest soczyście zielonymi łąkami i potężnymi górami, których ośnieżone wierzchołki można dostrzec z każdego punktu miasteczka. Wzdłuż jeziora i w górach wytyczono dziesiątki kilometrów szlaków trekkingowych i rowerowych. I wystarczy kilka minut jazdy autem, by dotrzeć na stok narciarski. Ulice Wanaki są szerokie, czyste i spokojne. A w jednym z parków zbudowano pole do frisbee golfa. I ten frisbee golf przechylił szalę zwycięstwa. Wanaka to moje ukochane, najpiękniejsze, najcudowniejsze miejsce w Nowej Zelandii!

Wanaka posiada wszystko to, co sobie wymarzyłam, pragnąc znaleźć moje miejsce na Ziemi. Sąsiedztwo gór i jeziora. Fantastyczną przyrodę. Zmieniające się pory roku. Czystość. Spokój. Ciszę. Luz. Możliwość uprawiania wielu sportów outdoroowych. Małą, ale zżytą społeczność. To miejscowość która stawia pod wielkim znakiem zapytania i wykrzyknikiem, co do cholery robiłam przez trzy lata w Londynie, miejscu tak odmiennym od Wanaki, jak to tylko możliwe.

To znaczy, Londyn ma kilka plusów. Przede wszystkim leży w Europie, dzięki czemu rodzinę mogę widywać cześciej niż raz na trzy lata:) Ale, naprawdę! Wanaka jest pierwszym odwiedzonym przeze mnie miejscem na Ziemi, gdzie bez wahania mogłabym zamieszkać. Oczywiście nie jest to miejsce dla każdego. Jeśli ktoś stawia na karierę, lubi gdy wokół niego dużo się dzieje, a w weekendy woli np. skoczyć z przyjaciółmi na drinka do modnego baru zamiast marznąć w namiocie gdzieś w górach, to jednak Londyn zdecydowanie bardziej spełni jego oczekiwania.

Wciąż jeszcze chciało nam się podróżować autostopem. W Queenstown nie czekaliśmy nawet czterech minut – do Frankton podrzucił nas miejscowy chłopak, spieszący do pracy na budowie. We Frankton również nie czekaliśmy długo. Po ok. 10 minutach zatrzymał się swoim Kevinem Jan 🙂 Jan ma osiemnaście lat i jest Niemcem, który przyjechał do Nowej Zelandii na program work&travel. Było już work – pracował w fabryce batoników – a teraz przyszła część na travel. Jan kupił Kevina (małe autko w którym od biedy można było spędzić noc rozkładajac przednie siedzenie) klasycznę gitarę i w tak doborowym towarzystwie, zwiedzał południową wyspę.

Bardzo szybko złapaliśmy dobry kontakt z Janem – czasem tak jest, że kogoś poznajesz i od pierwszych minut masz z nim dobre połączenie. (A czasem od początku wiesz, że dobrymi przyjaciółmi to wy nie zostaniecie :)) Razem dojechaliśmy do Wanaki. Janek zmienił swoje plany i postanowił zostać na jeden dzień w Wanace razem z nami (mimo, że był tu już wcześniej).

Najpierw pojechaliśmy obejrzeć ogromnie popularne wśród turystów drzewo. Drzewo nazywa się po prostu Lake Wanaka Tree i rośnie sobie u brzegu ogromnego jeziora. Fotogeniczne jest, nie powiem. Ale żeby robić z niego największą atrakcję turystyczną miasta? Dla mnie cała Wanaka jest piękna. Jeśli miałabym wybrać coś najpiękniejszego, to byłby to widok z Roy’s Peak. Ale wiadomo że na Roy’s Peak wejdą nieliczni, a do Lake Wanaka Tree podjadą wszyscy. Więc z PR-owego punktu widzenia dla dobra rozwoju turystyki w mieście lepiej promować drzewo 🙂

Tego samego popołudnia, wybraliśmy się na kilkugodzinny trekking wokół jeziora Diamond Lake. Pogoda była moja ulubiona, a więc chłodno, lecz bardzo słonecznie. Widoki zaś po prostu magiczne. Biel śniegu mieszała się z intensywną zielenią traw i błękitem nieba.

Jan był tak miły, że następnego poranka podrzucił nas na Roy’s Peak. Jest to wysoki wierzchołek usytuowany zaledwie kilka kilometrów od Wanaki. Droga na samą górę zajmuje trzy godziny. Jest to marsz może nie najbardziej wymagający (nie trzeba używać rąk itd.) ale bardzo mozolny. Na samym początku zmagaliśmy się z błotem. Od połowy trasy – z śniegiem. Najpierw leżała go cienka warstwa, potem już sięgał kolan. Każdy krok był jednak zdecydowanie wart wysiłku. Pogoda znów była idealna: słońce i błękitne niebo bez ani jednej chmurki. A widoki… najpiękniejsze jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Było tak pięknie, że chciało mi się płakać. I szczerze mówiąc nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę coś równie pięknego. Szczególnie dla mnie, fanki wysoki gór, pustych przestrzeni i słonecznej zimy. Może w Norwegii, północnej Szwecji albo na Islandii. Z innymi państwami nie wiążę już żadnych nadziei 😉 (Najbliżej tego piękna Wanaki były jak dotąd hiszpańskie Pireneje).

Na samym wierzchołku było bardzo wietrznie. Mt Iron, dość spora góra przy samej Wanace, wyglądała stamtąd jak płaski naleśnik. Było bardzo cicho i nas też ogarnął taki wewnętrzny spokój i radość. Gdy przemarzliśmy do szpiku kości (po kilkunastu minutach) i obejrzeliśmy dokładnie tamtejsze panele słoneczne, postanowiliśmy ruszyć w drogę powrotną.

W większości pokonaliśmy ją w biegu. Miejscami było dość niebezpiecznie (bo to był jednak śnieg po kolana, łatwo było się wywrócić i się połamać) ale mieliśmy jakieś takie flow, które nie pozwala człowiekowi iść spokojnie 🙂

Gdy zeszliśmy na dół postanowiliśmy pójść szlakiem wzdłuż jeziora – ok. 6 km. do centrum Wanaki. Szlak jest fantastyczny, a po drodze można zobaczyć kolejny świetny lokalny projekt – Te Kakano Aotearoa Trust – szkółki roślin specjalizujące się w utrzymaniu rodzimych dla Nowej Zelandii gatunków – w których każdy może chwycić za konewkę i pomóc je podlewać.

Następnego dnia była niedziela. Postanowiliśmy chwycić kawę w jednej z lokalnych małych kawiarnii i pójść na mniej wymagający spacer – na Mt Iron. Oczywiście skończyło się tak, jak zawsze – wspięliśmy się na Mt Iron, potem postanowiliśmy dojść do miejscowości Albert Town (jest tak mała, że nie ma tam nawet jednego sklepu), potem zakręciliśmy się w jakimś parku z ścieżkami dla rowerów górskich, a potem było już tak daleko, że wracaliśmy do Wanaki dobre dwie godziny 🙂

Był to bardzo przyjemny spacer, podczas którego mogliśmy obserwować, jak żyją tutejsi mieszkańcy. Jako, że była niedziela, wiele osób spedzało czas na świeżym powietrzu: z psami, na rowerach, spacerując itd. Myślę, że gdy mieszka się na południowej wyspie Nowej Zelandii, po prostu trzeba lubić naturę i spokój.

Domy w okolicy Wanaki są piękne: nowoczesne, z ładnymi zielonymi ogródkami i wielkimi oknami. Tylko nie wiedzieć czemu, nikt nie używa firanek. Okna mają rolety, ale nawet wieczorem, gdy już jest ciemno i trzeba włączyć światło, mało kto je zasuwa. Przez to z ulicy widać wszystko, co się w domu dzieje. Gdybym miała tam dom, prawdopodobnie powiesiłabym w nim grube, białe zasłony z polskim, folkowym haftem 🙂

O ile byłoby mnie na taki dom tam w ogóle stać. Okolica Wanaki zrobiła się w ostatnich latach bardzo popularna i wszędzie buduje się nowe osiedla. (Ceny zdecydowanie zachodnioeuropejskie). Zdaję sobie sprawę, że gdy tam wrócę za dajmy na to 10 lat, miejscowość ta może wyglądać już zupełnie inaczej.

Dlatego gdybym miała szansę wybierać, kupiłabym dom w oddalonej od Wanaki o 17 km Hawea. W Hawea również jest jezioro, również jest bliziutko gór, ale jest jeszcze spokojniej niż w Wanace – nie ma tam jak dotąd ani jednego sklepu. Po zakupy wszyscy jadą swoimi pick-upami i jeepami do Wanaki. Skąd to wiem? Ponieważ po Wanace wybraliśmy się do Hawea. Oczywiście, autostopem 🙂

 

Wszystkie fotografie z dzisiejszego wpisy są autorstwa Mikaela. Uwielbiam je i mam nadzieję, że Wam się również podobają! 🙂 Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: