Czwarta przygoda. Papugi kea, śnieg i gwiazdy. Szlak Keplera!

Czego bałam się najbardziej, ruszając w jedne z najodleglejszych, najdzikszych i najpiękniejszych gór Nowej Zelandii?
Tego, że nie umyję włosów przez całe trzy dni… 🙂

 

Ale od początku. Po przybyciu do Te Anau i ulokowaniu się w Lakeview Kiwi, pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, był Fiordland National Park Visitor Centre, gdzie można zasiegnąć wszelakich informacji na temat warunków pogodowych, dostępnych szlaków, możliwości noclegowych i tym podobnych.

W górach Nowej Zelandii niewielka liczba schronisk znajduje się w rękach prywatnych. Zdecydowana większość zarzadzana jest przez DOC, Departament of Conservation. Wyposażenie schronisk zarządzanych przez DOC jest bardzo podstawowe. W lecie ogranicza się do toalet, zimnego prysznica i kranu z wodą w jadalni. W zimie nie ma nawet tego.

Toalety zimowe znajdują się na zewnątrz, podobnie jak kran z wodą (O ile jest. Jeśli nie, to pozostaje rozmrażać śnieg albo biec do najbliższego strumienia – w górach Nowej Zelandii wodę można śmiało pić prosto ze strumienia.) Prysznicy nie ma w ogóle. Są za to często kominki, a przy odrobinie szczęścia – nawet suche szczapy drewna.

W sezonie letnim (od 23 października do 30 kwietnia) noclegi w schroniskach trzeba rezerwować z wyprzedzeniem przez stronę internetową. Jeśli chce się przejść tzw. Great Walks – czyli najbardziej zjawiskowe, najbardziej popularne szlaki – z wyprzedzeniem bardzo dużym, nawet rocznym. Oczywiście trzeba zarezerwować konkretne daty. Ceny noclegów, mimo spartańskich warunków, są wysokie. A od sezonu 2018/2019 podwojono ceny dla turystów z zagranicy!

Wahają się od ok. 30 kiwi dolarów za noc na mniej popularnych szlakach, do aż 140 kiwi dolarów (350 zł!) za noc w schroniskach na szlakach najpopularniejszych, np. Milford Sound (trzeba zarezerwować od razu wszystkie trzy noclegi na tym szlaku, czyli na rok przed wycieczką wydać 420 kiwi dolarów (1052 zł) i modlić się, by w wybranym terminie była dobra pogoda – a ta na Milfford Sound często się podobno nie zdarza! 

Na szczęście w sezonie zimowym (od 1 maja do 22 października) cena za nocleg, niezależnie czy jest to schronisko na Great Walks czy na innym szlaku, czy ma się paszport kiwi czy jest się turystą z zagranicy – jest taka sama, czyli …15 kiwi dolarów (37 zł). Nadziwić się nie mogę tej różnicy! Poza tym można kupić Backcountry Hut Pass (90 dolarów, ważność pół roku) dzięki której można przez te pół roku spać w chatkach tyle nocy, ile się chce. I nie trzeba tych noclegów rezerwować przez internet, tylko po prostu przyjść do chatki, na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”.

Tak się cudownie złożyło, że w punkcie informacji DOC stawiliśmy się w piękny, słoneczny poranek… dokładnie 1 maja 😀 😀 😀 Sezon zimowy trwał zaledwie kilka godzin! Z radością kupiliśmy swoje Backcountry Hut Pass, po czym wyruszyliśmy na szlak Keplera 🙂

Szlak Keplera zaliczany jest do Great Walks (tzn. że po pierwsze, obfituje w spektakularne widoki. Po drugie, w sezonie letnim trzeba wydać na noclegi niezły majątek. No ale, że od kilku godzin trwał sezon zimowy…:) wybraliśmy go, ponieważ na początek szlaku bez trudności można dojść pieszo z samego Te Anau i jest to pętla. Przejście szlaku zajmuje cztery dni. Na szlaku znajdują się trzy schroniska.

Pierwszy dzień bez watpienia był najtrudniejszy, ponieważ droga nieprzerwanie wiodła pod górę. Czasem, trzeba przyznać, górę całkiem stromą! 🙂 Większa część dnia spędziliśmy w lesie. Lesie, który wyglądał niemal prehistorycznie. Ogromne paprocie. Przypominające kształtem palmy, drzewa paproci. Miękkie dywany grubego mchu. Bujne porosty. Brakowało tylko dinozaurów.

Droga wiła się wąskim zygzakiem wolno ku górze. Po kilku godzinach mozolnego, nieprzerwanego marszu, wychyliliśmy się poza linię drzew. Zobaczyliśmy panoramę Te Anau (z góry wydało się większe niż z dołu 🙂 a po drugiej stronie – ośnieżone wierzchołki gór i faliste łąki rudego tussocku, niezwykłej formacji roślinnej w postaci przypominających jeżowce kęp wysokich traw. To była Nowa Zelandia, jak w moich wyobrażeniach…

Niedługo później, bo zaledwie po 30 minutach, dotarliśmy na pierwszy nocleg – do Luxmore Hut. Jest to największe schronisko na szlaku Keplera – 54 miejsca noclegowe – i najpopularniejsze, ponieważ wiele osób urządza do niego jednodniowe wycieczki, wieczorem wracając do Te Anau. Tego dnia wszystkie miejsca były zajęte.

Warunki iście spartańskie – wszyscy śpią w tym samym pomieszczeniu (szmery, szepty, kroki, otwieranie drzwi przez całą noc), brak elektryczności, brak wody w toaletach. Ale był kran z wodą na zewnątrz i kominek 🙂 Przyjemnie było się przy nim wygrzewać po królewskiej kolacji jaką sobie upichciliśmy (risotto z dynią na mleku kokosowym).

Kilkanaście minut marszu od Luxmore Hut znajdują się podziemna jaskinia. Zanim zapadł zmierzch, poszliśmy ją zwiedzić. Jaskinia ciągnie się wąskim korytarzem wiele, wiele metrów. W wielu miejsach jest ciasno, trzeba iść na klęczkach uważając na głowę albo przeciskać się bokiem pomiędzy stalagmitami, trzeba też brodzić w wodzie. Pokonaliśmy całkiem spory kawałek, ale końca wciąż nie było widać… co rusz okazywało się, że w ścianie jest kolejna dziura, że można iść dalej. Uznaliśmy że mamy dosyć – przeżycie było całkiem klaustrofobiczne i oznajmiłam, że wolę podziwiać góry… bardziej z góry, niż od środka 🙂 Zawróciliśmy, ale byli śmiałkowie, którzy zagłębili się jeszcze dalej. (Większość jednak zawróciła przed nami).

Kolejny dzień rozpoczął się owsianką z daktylami (która miała stać się naszym śniadaniowym klasykiem w nowozelandzkich górach). Szlak w większości wiódł granią. Byłam podekscytowana, ponieważ dotarliśmy do śniegu. Cieszę się, że nie było go jednak wiele – może przez jakąś godzinę marszu. Gdy jest go więcej, robi się niebezpiecznie i szlak jest zamykany.

Najważniejszym momentem dnia było bez wątpienia spotkanie kea – jedynego na świecie gatunku papug wysokogórskich. Skradły moje serce tak jak innym turystom kradną buty, rękawiczki i jedzenie! (Kea są jednak bardzo utalentowanymi złoczyńcami). Najpierw spotkaliśmy pojedynczą papugę. Siedziała na szlaku i chciała nas zadziwić pokazem wydłubywania największych kamulców z ścieżki i zrzucania ich w dół zbocza. W pełni jej się to udało 🙂 Była bardzo ciekawska, sięgała a to po dyndającą sznurówkę buta, a to po gumowe zatyczki butelek z wodą 🙂 Po jakimś czasie spotkaliśmy dwie inne kea. Te z kolei najbardziej interesowało, czy mamy coś do jedzenia. Mimo proszących oczek, nic im nie daliśmy. To bardzo ważne, by ludzie nie karmili tych papug jak zresztą wszelkich innych dzikich zwierząt.

Hello! 🙂

Późnym popołudniem, całkiem wymęczeni, dotarliśmy do Iris Burn Hut. Zostawiliśmy plecaki i szybko, aby zdążyć przed zmierzchem, poszliśmy obejrzeć wodospad Iris Burn Waterfall – kilkanaście minut marszu płaskim terenem od schroniska. Wodospad był… potężny. Taki huk, taką siłę wody widziałam po raz pierwszy w życiu. Z głęboką fascynacją wpatrywaliśmy się w wodospad przez kilkanaście minut, podziwiając piękno i niesamowitą siłę natury.

W schronisku nie było oczywiście bieżącej wody. Ale całkiem niedaleko płynęła rzeka. Ponieważ od dwóch dni nie zażyliśmy prysznica, a nachodziliśmu się sporo, postanowiliśmy się w niej wykąpać. Woda lodowata, ale to nic wskoczyliśmy do niej z entuzjazmem. Niestety! Zaraz obok nas pojawił się mój największy wróg w Nowej Zelandii. Sandflies.

Nawet nie wiem jak to po polsku nazwać (nie znalazłam tłumaczenia). Muszki nad wodą. Muszyska. Potwory! Pojawiają się znikąd i w ciągu kilku sekund zaczynają kąsać. Ukąszenia są bardzo swędzące i znikają powoli. Te znad rzeki zostały ze mną cały tydzień 🙁 Pocieszam się myślą, że inni się nie kąpali, a i tak zostali dotkliwie pogryzieni. Te wstrętne muszyska, jak się szybko okazało, były bowiem wszędzie. Wystarczyło przystanąć na pięć sekund, aby zobaczyć małą chmarę. Z tego powodu noclegu w Iris Burn Hut nie wspominam najmilej, jak chyba nikt z przebywających tam osób.

Drugi dzień trekkingu.

Trzeci dzień trekkingu był najłatwiejszy, ponieważ przez calą drogę było płasko. Ścieżka wiodła ponownie przez las. Tym razem widoki były bardziej urozmaicone. Oprócz gigantycznych paproci, podziwialiśmy dziesiątki różnego rodzaju porostów, grubymi pąkami zwisające z gałęzi i oblepiające pnie drzew. Całe runo niemal wszedzie pokrywał gruby i soczyście zielony dywan z mchu. Tu i ówdzie natykaliśmy się również na fascynujące roślinki, jak np. intensywnie purpurowe grzyby.

Po kilku godzinach dotarliśmy do następnego schroniska, Moturau Hut. Postanowiliśmy się jednak w nim nie zatrzymywać, ponieważ po pierwsze i najważniejsze, były tam wstrętne muszyska. Po drugie godzina była jeszcze młoda, więc postanowiliśmy odwiedzić kameralną, położoną na uboczu schatkę Shallow Bay Hut. Aby do niej trafić trzeba odbić z szlaku Keplera i maszerować ok. godziny.

Moturau Hut ma 40 miejsc noclegowych. .Shallow Bay Hut… zaledwie sześć. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce wiedzieliśmy, że była to dobry wybór! Przed chatką znajduje się ogromna zatoka, część jeziora Manapouri (a że nie było tu muszysk, postanowiliśmy nawet w tej lodowatej wodzie trochę popływać).

W chatce oprócz sześciu łóżek jest miejsce jedynie na niewielki stolik i kominek. I jest siekiera 🙂 Dlatego nazbierałam suchych gałązek, a Mikael ogarnął drewno, i cały wieczór po kolacji przesiedzieliśmy przed trzaskającym w kominku ogniem. Sami, bo nikt poza nami tego wieczoru do tej chatki nie dotarł, więc była cisza, był spokój i było bardzo klimatycznie.

Najlepsze ze wszystkiego i tak były jednak gwiazdy. Gdy późnym wieczorem wyszliśmy na zewnątrz, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Tej nocy widziałam najbardziej rozgwieżdżone niebo w swoim życiu 🙂 Tysiące gwiazd, bezkresny granat, Droga Mleczna, chłód. Jeden z najbardziej magicznych momentów tej podróży.

Poranne widoki.
Następnego dnia pogoda nieco się pogorszyła. Na dobre rozpadało się dokładnie w momencie, gdy schodziliśmy z szlaku Keplera, a do Te Anau i naszej bazy Kiwi Lodge została jakaś godzina marszu. Po czterech dniach w górach nie mogłam doczekać się takich luksusów jak wino, naleśniki i prysznic. Gdy jednak w ciągu kilku godzin wszystkie te małe marzenia się spełniły, zaczęliśmy planować kolejną wyprawę.
…Tym razem miałam wytrzymać bez prysznica cały tydzień! :)

 

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: