Slow-boat z Tajlandii do Laosu – nie taki slow! Dwudniowy spływ Mekongiem :)

Pierwszy konkurs skoków narciarskich na olimpiadzie rozegrany i obejrzany, tajska wiza nieuchronnie zbliżająca się do daty końcowej – a więc najwyższy czas aby przeprawić się przez granicę do kolejnego kraju odwiedzanego w ramach projektu SE Asia Stars: Laosu!

 

Ale jak to zrobić? Można samolotem, można autobusem – ale najciekawiej z pewnością będzie łodzią! I taką właśnie opcję wybrałam. Przygoda zaczęła się w tajskim Chiang Khong, a zakończyła w laotańskiej mecce backpackerów, miejscowości Luang Prabang. I trwała dwa dni. Niech was nie zmyli nazwa slow-boat: ta łódź śmiga naprawdę szybko! Jak dokładnie wygląda taki spływ? Jak go zorganizować? Ile to kosztuje? Na wszystkie pytania, odpowiedzi poniżej! 🙂

Slow-boat z Tajlandii do Laosu. Skąd zacząć?

Najpierw należy dojechać do położonej przy granicy z Laosem tajskiej miejscowości Chiang Khong (najłatwiej autobusem z Chiang Mai albo Chiang Rai). Można zostać tam tak ja ja, trzy noce, bo akurat leci zimowa olimpiada i chce się koniecznie obejrzeć konkurs skoków narciarskich 🙂 Ale ponieważ taka impreza odbywa się jednak tylko raz na cztery lata, więc większość turystów pozostaje w miasteczku tylko na jedną noc (w Chiang Khong nie ma zbyt wiele do zwiedzania) i następnego dnia z samego rana udają się na przejście graniczne z Laosem.

W tym celu najlepiej zamówić sobie tuk-tuka spod hotelu do przejścia granicznego. Ceny nie podam, ponieważ za darmo podrzucił mnie na skuterku pewien Taj 🙂 Przejście graniczne pomiędzy Chiang Khong a Huay Xay znajduje się na Moście Przyjaźni. Po kontroli paszportowej po stronie tajskiej, trzeba zakupić bilet na autobus, który przewiezie nas przez most na kontrolę po stronie laotańskiej. Koszt – 20 bht/osoba. Następnie, po otrzymaniu wizy (30 USD plus jedno zdjęcie, trzeba mieć przygotowane wcześniej) pakujemy się do dzielonego tuk-tuka, który za 100 bht zawiezie nas do samego centrum Huay Xay. Albo, jeśli wyrazimy taką chęć, do samej przystani. (W Huay Xay znajduje się bank, w którym można wymienić bht/usd/eur na laotańskie kipy – dobrze wiedzieć, że ta waluta nie jest wymienialna poza granicami Laosu).

Jak kupić bilety?

Bardzo prosto. Przy przystani znajduje się kasa. Ponieważ spływ trwa dwa dni, można kupić albo bilet łączony na dwa dni, albo tylko na jeden dzień do Pak Beng – miejscowości, w której nocuje się na trasie. Kosztują odpowiednio 240 000 kip lub 120 000 kip. Łódź odpływa ok. godz. 11:00. Poza tą łodzią można również popłynąć łodziami prywatnych firm, o lepszym standardzie i oczywiście w wyższej cenie 🙂

Na łodzi będą wam proponować zarezerwowanie noclegu w Pak Beng. Wraz z pewną Tajką zdecydowałyśmy się skorzystać z tej opcji: wygodny pokój dwuosobowy w niezłym hostelu z wi-fi i prywatną łazienką kosztował nas 50 000 kip za osobę. Po dopłynieciu do Pak Beng, na brzegu czekały osoby oferujące nocleg, ale z tego co zauważyłam, ceny były porównywalne.

Jak się płynie? 🙂

Bardzo przyjemnie 🙂 Choć łódź jest w stanie pomieścić nawet powyżej 100 osób, a siedzenia, wyrwane nie wiadomo skąd, nie są najwygodniejsze w świecie, widoki wynagradzają wszystko 🙂 Na łodzi znajduje się maleńki sklepik, w którym bez problemu można zaopatrzyć się w produkt pierwszej potrzeby, jakim jest piwo 🙂 Są też małe przekąski, ale ich wybór nie powala, podobnie jak ceny – dlatego najlepiej pomyśleć o nich już na brzegu. Pierwszego dnia na tyle pokładu w okolicach silnika przez cały dzień trwała w najlepsze impreza. Dlatego jeśli komuś zależy na spokoju, najlepiej przyjść wcześniej i wybrać miejsce możliwie z przodu łodzi.

Łódź płynie szybko, a widoki są, cóż: po prostu z innego świata. Soczyście zielona, bujna roślinność. Malownicze góry. Zdumiewające formacje skalne. A od czasu do czasu maleńkie wioseczki – skupiska drewnianych, postawionych na palach chatek z niewielkimi poletkami i stadkami wołów dookoła.

Pierwszego dnia spływ trwał ok. sześciu godzin – rozpoczął się o 11:30, a do wybrzeża przy Pak Beng dobiliśmy idealnie o zachodzie słońca. Drugiego dnia płynęliśmy nieco dłużej, bo ok. osiem godzin – od godz. mniej więcej 8:30 do 17:30.

Po dotarciu do Luang Prabang

Nie jest wcale zupełnie prosto i przyjemnie: łódź nie dociera do samego centrum miasta, a do przystani oddalonej od niego o kilkanaście kilometrów. Kiedyś była w centrum, ale spryciarze się wycwanili: teraz każdy, a już na pewno każdy z ciężkim plecakiem, musi kupić bilecik na kolejnego dzielonego tuk-tuka 🙂 Z tego co pamiętam, kosztuje on 20 000 kip.

Tuk-tuk dowiezie was do samego centrum, do miejsca obok nocnego marketu. Jeśli ktoś nie zarezerwował noclegu wcześniej, to o ile nie rozpoczyna się Nowy Chiński Rok, nie ma się czym martwić. Hosteli i hoteli w Luang Prabang jest od groma i tylko na ten jeden tydzień w roku zapełniają się do ostatniego miejsca, a ceny skaczą w górę o sto procent a nawet i więcej – dobrze wiedzieć. Wszystko przez turystów z Chin którzy masowo wyjeżdżają w tym czasie na urlop i przez tydzień rządzą Laosem, Kambodżą i Wietnamem. Ja na szczęście miałam zarezerowany cały tydzień w hostelu Sabai Sabai (opiszę w kolejnym wpisie) ale niektórzy z mojej łodzi musieli się sporo natrudzić, aby znaleźć coś przyzwoitego w cenie która nie powalałaby na kolana.

Czy warto odwiedzić Luang Prabang? Cóż, ze względu na trwającą olimpiadę i konkursy skoków narciarskich, których po prostu nie mogłam odpuścić (choć chęci swoje, życie swoje… więcej w kolejnym wpisie 😉 zostałam tu aż na 9 dni. Od razu mówię że jeśli nie ma olimpiady, to nie ma co zostawać tu aż tak długo 🙂 Ale kilka dni – zdecydowanie!

Co warto zobaczyć w Luang Prabang i okolicach? Co dobrego można tu zjeść? Dlaczego o mało się nie popłakałam gdy zobaczyłam godzinę czwartą na wyświetlaczu smartfona? 😛 O tym już w kolejnym wpisie! Polub moj fanpage, aby być na bieżąco 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: