Szósta przygoda. Błękit, tęcze, wodospady. Routeburn Track!

To nic, że po ukończeniu kilkudniowego szlaku Greenstone & Caples byliśmy wymęczeni pokonanym dystansem i ciężarem plecaków. To nic, że bolały nogi i plecy. To nic, że moje włosy nie pamiętały już, co to szampon. A część ubrań była wilgotna od deszczu i wcale nie kwapiła się wyschnąć. Jak się jest w najpiękniejszych górach Nowej Zelandii, nie patrzy się na takie rzeczy. Szczególnie, gdy prognoza pogody zapowiada słoneczny weekend. Dlatego prosto z Greenstone & Caples Track postanowiliśmy wejść na Routeburn Track! 🙂

 

Decyzję tę podjęliśmy o godzinie 15:30, opędzając się od wstrętnych muszysk sandflies przy schronisku Howden, tuż po ukończeniu poprzedniego szlaku. Pierwotny plan zakładał pozostanie w tym schronisku na noc, jednak gryzące chmary muszysk szybko zmobilizowały nas do jego modyfikacji. Postanowiliśmy dojść do McKenzie Hut, pierwszego schroniska (patrząc od strony the Divide) na szlaku Routeburn. Według drogowskazów droga miała zająć od 3 do 4 godzin, więc optymistycznie założyliśmy 3.

Cóż. Nawet jeśli pomykacie po szlaku szybko i zwinnie niczym sarenki, zawsze jednak lepiej założyć ten dłuższy czas. To jest w końcu Nowa Zelandia. Tu się przystaje i z zaniemówieniem podziwia widoki. Właśnie coś takiego przydarzyło nam się pierwszego dnia. Zobaczyliśmy najbardziej bajkowy wodospad w naszym życiu: wodospad Earland Falls.

Wodospad ten ma 174 metry i słychać go na dużo wcześniej, niż widać. Gdy stanęliśmy wśród skał u jego dołu, poczułam się dosłownie jak w bajce. Jak w Królu Lwie albo Pocahontas. Był zachód słońca, był potężny wodospad, a my staliśmy w gęstych i drobnych kroplach tęczy. Tęcze te otaczały nas ze wszystkich stron. Ich kolory migotały przez delikatną, wyjątkowo chłodną mgiełkę wody. Było przepięknie.

Wodospad Earland Falls

Z pewnością zostalibyśmy w tym miejscu dłużej, na piknik albo chociaż na zjedzenie energetycznej kulki z miodu, masła orzechowego, płatków owsianych i moreli (a mieliśmy takowe!). Musieliśmy jednak szybko iść do McKenzie Hut. Chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem, bo chociaż mieliśmy latarki, nie uśmiechało nam się iść w ich świetle kamienistą, nierówną i pełną uskoków ścieżką.

Udało się! Do schroniska zawędrowaliśmy wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Szybko się zorientowaliśmy, że będzie to łatwa noc. Po cichych, kameralnych schroniskach Greenstone & Caples Track schronisko na jednym z najpopularniejszych Great Walks, w weekend, okazało się być wyjątkowo niemiłą niespodzianką.

Schronisko McKenzie Hut oraz jezioro tuż obok niego.

McKenzie Hut była pełna (a ma 50 miejsc noclegowych). Od razu można się było zorientować, że ludzie którzy się tu tamtej nocy zatrzymali, wybrali się w góry tylko na weekend. Nikt inny nie wszedłby na szlak z flaszkami alkoholu i paczkami chipsów (!) w wyjątkowo głośnym, imprezowym nastroju. Ręce mi opadły gdy wyszłam na zewnątrz do toalety, a jeden młody i wyraźnie wstawiony koleś oddawał mocz z werandy schroniska. Oczywiście nie przejął się choćby obecnością innych. Dlatego, choć Routeburn Track to mój ulubiony szlak w Nowej Zelandii, zachęcam aby w miarę możliwości przejść go między poniedziałkiem a czwartkiem – powinno być spokojniej.

To była też nasza pierwsza, naprawdę mroźna noc w Nowej Zelandii. Niebo tej nocy było przepięknie usłane gwiazdami – ale przeszywający do szpiku kości mróz sprawił, że zamiast gwiazd podziwiałam wnętrze mojego śpiworu. I mimo, że jest to solidnie gruby śpiwór, spałam w swetrze i z czapką na głowie. Ratował nas fakt, że sypialnia w McKenzie Hut położona jest na piętrze nad kuchnią, więc kominek który się tam znajduje, mimo wszystko trochę ogrzał pomieszczenie.

Po mroźnej nocy nastąpił przepiękny, słoneczny poranek. Pogoda była moja ulubiona: chłodno, ale jasno i słonecznie, z błękitnym niebem. Tego dnia do pokonania mieliśmy 12 km, co miało zająć, według drogowskazów, od 4:30 do 6 godzin. Naszym celem było schronisko Routeburn Falls Hut.

W drodze zdecydowaliśmy się wspiąć jeszcze na Conical Hill (dodatkowe 1:30 – 2 godziny). Było bardzo stromo, a w niektórych oblodzonych miejscach bardzo ślisko. Dodatkowy wysiłek jednak bardzo się opłacił. Widoki z Conical Hill to te widoki, które wprawiają cię w najszczersze zdumienie nad pięknem natury naszego świata.

Gdy zeszliśmy z Conical Hill słońce i błękit ustąpiły chmurom i mgle. Do schroniska Routeburn Falls Hut nie widzieliśmy wiele na więcej niż kilkadziesiat metrów poza rzadkimi momentami, gdy chłodny wiatr rozwiewał niskie chmury na boki. Moją uwagę zwróciły jednak fantastyczne skupiska głazów. Korciło mnie, by się na nie wspiąć, ale że były wilgotne i oblepione mchem, ograniczałam się jedynie do wytyczania na nich w wyobraźni wspinaczkowych tras.

W schronisku Routeburn Falls było zdecydowanie spokojniej niż w McKenzieHut. A wieczorem było nawet światło! Niestety, mimo że schronisko to jest pięknie położone i bardzo zadbane, ma jedną poważną wadę. Wadę, która daje się we znaki przede wszystkim w chłodne noce. A to była najzimniejsza, najmroźniejsza noc mojego pobytu w Nowej Zelandii. W Routeburn Falls Hut sypialnia nie ma żadnego ogrzewania, a pokój dzienny z kominkiem znajdują się w zupełnie innym skrzydle.

Wszystko było dobrze do momentu, gdy siedzieliśmy okryci śpiworami przy kominku, grając w karty i popijając gorącą herbatkę. Ale gdy przyszło nam przenieść się do sypialni… Miałam na sobie jakiś podkoszulek i dwa swetry, czapkę, a mój śpiwór którym opatuliłam się po czubek głowy jest dedykowany niskim temperaturom… Nic nie pomogło. Z zimna nie mogłam spać. Czułam ten mróz w ciele i w kościach. Myślę, że zrozumieć mnie może tylko Mikael (bo był tam ze mną) i Jon Snow z Gry o Tron. Jeśli jeszcze kiedyś w życiu przyjdzie mi do głowy pomysł, aby wybrać się na Fiordland w sezonie zimowym, przyjadę tam z termoforami (bo nie jednym), kocem z polaru i śpiworem dla polarników. A zasypiać będę w słuchawkach z dźwiękami trzaskającego ogniska, żeby wzmocnić się również psychicznie 🙂

I pewnie dlatego, że ta noc była tak mroźna i gwiaździsta, następnego dnia pogoda była wręcz wymarzona. Było bardzo chłodno i wyjatkowo słonecznie. Z błękitnym niebem bez ani jednej chmurki. Ponieważ chcieliśmy wrócić na sam początek szlaku do Howden Hut, wyruszyliśmy na szlak wczesnym porankiem. Trawy i krzaczki wciąż były zmrożone, błyszcząc inensywnie w delikatnej poświacie wschodzącego słońca. Tym razem widoczność była wręcz idealna, więc wszystko, czego nie zobaczyliśmy poprzedniego dnia, zobaczyliśmy tego poranka.

Było po prostu przepięknie. I pewnie dlatego droga minęła nam zaskakująco szybko. Podziwialiśmy alpejską roślinność, czyste strumienie, falujące łąki tussocku, drobne wodospady, ogromne głazy. Widoki na wierzchołki gór, na wąwozy, na doliny. W końcu na ogromne, zielone lustro wody ogromnego jeziora przy McKenzie Hut. Tam zrobiliśmy sobie krótką przerwę, po czym zeszliśmy do Howden Hut.

Tym razem, poza pojedynczymi osobnikami, nie było tam dużo sandflies. Może wymarły od mrozu zeszłej nocy. Rozpaliliśmy sobie kominek i spędziliśmy miły wieczór na czytaniu czasopism outdoroowych (są w chyba każdym schronisku 🙂 Byłam zdziwiona, że ten nocy nikt oprócz nas się w schronisku nie pojawił. Może dlatego, że był to poniedziałek.

Następnego dnia rano po ok. godzinie marszu zeszliśmy na parking the Divide. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo złapać stopa – był wtorkowy poranek na drodze w środku parku narodowego. Jedyne samochody, które mogliśmy łapać, jechały z Końca Świata. To znaczy z maleńkiego Milford Sound (miejsca, gdzie odbywają się rejsy po fiordzie… I właściwie nic więcej). Na drodze pojawiało się jedno auto średnio raz na pięć do siedmiu minut. Na takie, które się zatrzymało, czekaliśmy 50 minut. Był to nasz rekord. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie czekaliśmy na stopa tak długo. Nigdy też więcej nie czekaliśmy na auto więcej niż pół godziny.

Zatrzymała się młoda Amerykanka pracująca w Milford przy rejsach. Miała wolny dzień i jechała do Te Anau na zakupy do Fresh Choice (118 km aby kupić chleb i makaron!!!). W Milford Sound nie ma żadnych sklepów. Podwiozła nas do Te Anau, gdzie ponownie spędziliśmy dzień na odpoczynku w naszej bazie Te Anau Lakeview Kiwi Holiday Park & Motels. A potem, ponieważ prognoza pogody była zachęcająca a my znaleźliśmy w sieci zniżkę na bilety, zarezerwowaliśmy sobie rejs po Milford Sound – najpopularniejszym miejscu w całym Fiordlandzie.

Co prawda dojazd do Milford Sound nastręczał pewnych trudności – nie chciało nam się wydawać kilkadziesiąt kiwi dolarów na autobus więc znów postanowiliśmy spróbować złapać stopa – ale jak się szybko okazało, dojazd do Milford był najmniejszym z naszych problemów. Cała reszta wycieczki poszła katastrofalnie nie tak, jak powinna.

Co takiego się wydarzyło? Czy warto było sobie w ogóle zawracać Milford Sound głowę? Kogo nieoczekiwanie tam spotkaliśmy? I dlaczego miałam tam problemy z chodzeniem? O tym już w następnym wpisie! :)

 

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: