Ósma przygoda. Frisbee, rowery i Louis Vitton. Queenstown!

Queenstown to chyba drugie po Christchurch najczęściej odwiedzane przez turystów miasteczko połudnowej wyspy Nowej Zelandii. Słynie przede wszystkim ze sportów ekstremalnych. Cokolwiek sobie nie wymyślisz – czy to skok na bungee, czy zipline, czy lot helikopterem – bądź pewny, że w Queenstown możesz to zrobić. Nas jednak nie interesowały ani skoki ze spadochronem, ani szusowanie po narciarskich stokach. Przyjechaliśmy do Queenstown pograć we frisbee golfa 🙂

 

Po trzech tygodniach spędzonych w Te Anau i parku Narodowym Fiordland, nadszedł czas aby poznać inne części wyspy. Co do Queenstown mieliśmy mieszane uczucia, ale że i tak było to po drodze do Wanaki, postanowiliśmy zatrzymać się na kilka dni i poznać lepiej tę światową stolicę sportów ekstremalnych.

Po raz ostatni wyszliśmy na skrzyżowanie w Te Ananu i z łatwością, po ok. 10 minutach, złapaliśmy autostop. Zatrzymała się podróżująca campervanem para. Twierdzili, że wracali z nami poprzedniego dnia autokarem z Milford Sound (ja ich nie kojarzyłam, ale większą uwagę niż współpasażerom poświeciłam płaczącym górom). Okazało się, że mogą nas podrzucić aż do Frankton – miejscowości sąsiadującej z Queenstown.

Z Frankton do Queenstown wzięliśmy autobus podmiejski. Zameldowaliśmy się w hostelu o dumnie brzmiącej nazwie Sir Cedric. (To był jeden z moich ulubionych hosteli w Nowej Zelandii. Mieli świetnie wyposażoną kuchnię, dzięki czemu upiekłam tam m.in. ciabatty i chałkę, a każdego wieczoru serwowali dla wszystkich pyszną zupę warzywną). Wypożyczyliśmy z Sir Cedrica frisbee i poszliśmy do parku obok ogrodów botanicznych, gdzie znajduje się pole golfowe.

Idąc przez miasto szybko się zorientowaliśmy, że w Queenstown panuje zupełnie inny klimat niż w naszym kochanym, spokojnym i cichym Te Ananu. Ulice Queenstown są pełne modnych restauracji, barów, sklepów i butików. Wśród nich znaleźliśmy nawet butik Louis Vitton! Ludzie na ulicach, ze swoimi stylowymi kurtkami narciarskimi i kolorowymi okularami przeciwsłonecznymi, również wyglądają zupełnie inaczej niż w Te Anau.

Pogoda była piękna (zazdrościłam ludziom którzy wybrali się na rejs do Milford Sound dzisiaj, a nie poprzedniego dnia:) i w parku było dość sporo osób, w tym także wielu amatorów frisbee golfa. Pole golfowe jest fantastyczne! Dzięki różnorodnej rzeźbie terenu, m.in. wielu wzniesieniom czy głazom, jego projektanci mogli zaszaleć. Każdy punkt jest inny. Po udanej rozgrywce pospacerowaliśmy po Ogrodach Botanicznych, które były całkiem przyjemne. O wiele bardziej podobają mi się jednak ogrody w Christchurch czy Dunedin.

W Queenstown zapomnieliśmy robić zdjęcia i nie mamy ich za wiele. (Byliśmy zbyt zajęci frisbee golfem :))

Następnego dnia pogoda znów się pogorszyła. Cały dzień padało. Spędziliśmy więc ten dzień głównie w kuchni (nie ma to jak świeżo upieczona chałka!). Poszliśmy też na mini-golfa (ale był to bardzo słaby mini-golf) i do pubu irlandzkiego. Mieliśmy nadzieję, że pogoda się poprawi, bo na następny dzień zarezerwowaliśmy rowery górskie (podobnie jak rejs w Milford Sound, przez stronę BookMe).

Pogoda jednak wiele się nie poprawiła 🙂 Gdy rano odbieraliśmy rowery, padał drobny, intensywny deszczyk. Zdeycydowanie nie zachęcał do nowych przygód, ale postanowiliśmy spróbować i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja z pogodą w ciągu następnych godzin. Wokół Queenstown znajduje się wiele fantastycznych tras rowerowych. Postanowiliśmy wybrać się trasą wzdłuż jeziora Wakatipu do Frankton, a następnie przez okolice Lake Hayes Estate do jeziora Hayes.

Jeszcze nim wyjechaliśmy z Queenstown, byłam pokryta solidną wartwą błota. Oraz zziębnięta i przemoczona od deszczu. Stwierdziliśmy że zatrzymamy się na kawę w malutkiej, uroczej kawiarnii przy rzece w drodze do Frankton. (Poziom błota na moich ubraniach był zawstydzający, ale jeszcze nie na tyle żenujący, aby nie wejść do środka) i zobaczymy, co dalej. Na szczęście szybko zaczęło się przejaśniać. W dalszą drogę ruszyliśmy w towarzystwie nieśmiało przebijającego się przez chmury słońca.

Muszę przyznać, że okolice na północ od Lake Hayes Estate to miejsce, w którym z łatwością mogę sobie wyobrazić siebie mieszkającą tam na stałe. (A słowa te, jak dotąd, wypowiedziałam zaledwie dwukrotnie :)) Dla mnie wszystko jest tam idealne. Jak miejsce z moich marzeń o moim własnym miejscu na Ziemi: z ogromną przestrzenią, naturą oraz ciszą.

Domy na północ od Lake Hayes Estate otoczone jest soczyście zielonymi pastwiskami dla owiec. Pastwiska te pełne są łagodnych wzniesień. Pomiędzy nimi ciągną się wąskie drogi polne przeznaczone do jazdy konnej. Stadniny znajdują się tutaj bowiem niemal przy każdym domu. Domy wyglądają nowocześnie, a każdy z nich ma ogromny ogród (raczej trawniki i malutkie krzewy, niż bujną zieleń). Widok na masywne, ośnieżone wierzchołki gór, gdy wyjdzie się na patio takiego domu z poranną kawą, również nie jest najgorszy.

Samo Lake Hayes Estate również wydaje się przyjemnym miejscem do życia. Zabudowa domów jest tu już nieco ciaśniejsza, ale wszystkie wyglądają nowocześnie, a każdy posiada też mały ogródek. W okolicy znajduje się również wiele lokalnych, uroczych restauracji i kawiarnii. W drodze powrotnej z jeziora Hayes (które również jest piękne) wstąpiliśmy do jednej z nich. (Mimo, że poziom błota na moich ubraniach osiągnął już poziom żenujący, wizja ciepłej herbaty była ważniejsza niż brud).

Do Queenstown wróciliśmy chwilę przed zmierzchem, szczęśliwi ale okropnie zmęczeni. Rowery górskie to jednak super sprawa! (choć po przygodach w Luang Prabang miałam do nich lekką awersję :)) Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić pobliskie Arrowtown. Można tam dojechać z Queenstown bez problemu atobusem podmiejskim.

Arrowtown to małe, historyczne miasteczko. Historyczne jak na Nową Zelandię, ma się rozumieć – prawa miejskie nabyło w 1867 roku. Kilka lat wcześniej odkryto tutaj złoto. Powstała kopalnia, a do miasteczka zaczęli napływać imigranci z Europy i Chin. Do dziś w mieście można podziwiać wiele doskonale zachowanych budynków z tamtego okresu. Wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki, a potem odwiedziliśmy lokalną kawiarnię, która urzekła mnie swoim klimatem i żywymi, bladoróżowymi różami na każdym stoliku.

Samo Queenstown nie przypadło nam więc za bardzo do gustu, ale okoliczne miejscowości – już jak najbardziej. Po prostu wolimy miejsca spokojniejsze. Takie, w których nie ma butików Louis Vitton 🙂 Postanowiliśmy udać się do położonej zaledwie 67 km od Queenstown Wanaki. Już przy robieniu researchu wiedziałam, że polubię te miasteczko – nie ma w nim ekskluzywnych butików, jest za to zaledwie jeden supermarket. Nie spodziewałam się jednak zupełnie, że będzie to moje najukochańsze miejsce w Nowej Zelandii.

Za co pokochałam Wanakę? Jak wyglądał mój najcudowniejszy dzień w Nowej Zelandii? Dlaczego pewna góra była płaska jak naleśnik? O tym już w następnym wpisie! 🙂

 

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: