7 miesięcy podróży po Azji, Australii i Nowej Zelandii. Podsumowanie projektu SE Azja Stars!

Jeden plecak. Siedem miesięcy podróży. Dziewięć krajów. Dziesiątki hosteli. Setka odwiedzonych miejsc. Tysiące miłych wspomnień.

 

Grecja, Singapur, Tajlandia, Laos, Wietnam, Kambodża, Malezja, Australia, Nowej Zelandia, a potem znowu Malezja i znowu Singapur. Niezapomniana podróż i wspomnienia, które zostaną ze mną do końca życia. Różne kraje, różne kultury, różni ludzie – różne style życia. Lekcja samodzielności, test na sprawdzenie czy w ogóle nadaję się do podróżowania solo, niepowtarzalna okazja do poznania podobnych sobie ludzi z całego świata, ale też – a może przede wszystkim – do poznania samego siebie.

Kilka ciekawych faktów:

– Początkowo nie planowałam lecieć do Australii i Nowej Zelandii.

– Zamierzałam natomiast odwiedzić Indonezję

– Sądziłam, że nic mi nie będzie, ponieważ nigdy nie choruję, natomiast podczas podróży doznałam siedem mniej lub bardziej poważnych kłopotów zdrowotnych, z których cztery skończyły się wizytą u lekarza i jednym zabiegiem

nadałam do Polski jedną paczkę, z Malezji. Dotarła po czterech miesiącach.

Nie udało mi się opisać na blogu wszystkiego.

Przede wszystkim dlatego, że w międzyczasie zepsuł się mój telefon, a wraz z nim – zginęło wiele zdjęć, m.in. z południowego Wietnamu i takich miast jak Nha Trang, Dalat i Ho Chi Minh City. Nie zrobiłam też wpisu z ostatniego etapu podróży – od wyjazdu z Perenthian Island do przyjazdu do Singapuru. W międzyczasie odwiedziłam wyspę Kapas oraz miasta Terengganu i Melaccę, ale chyba byłam już zbyt zmęczona nieustannym przemieszczaniem się i malezyjskim gorącem, aby robić zdjęcia. Nie mam z tych miejsc ani jednej porządnej fotografii.

Czuję się bardzo dumna, że całą tę podróż od początku do końca zaplanowałam i zorganizowałam sobie sama.

Siedem miesięcy, podczas któych każdy dzień był inny. Każdy był zaskakujący. Każdy był zupełnie nową przygodą. W siedem miesięcy przeżyłam mnóstwo niesamowitych rzeczy. Wzięłam udział w kursie medytacji organizowanym przez tajskich mnichów. Jeździłam na motorze po przypominającej tolkienowskie Śródziemie wietnamskiej krainie Ha Giang. Pływałam z świecącym planktonem. Oglądałam na brzegu jeziora, gdzieś na Końcu Świata, najbardziej rozgwieżdżone niebo w swoim życiu. Nurkowałam z żółwiem. Tańczyłam tradycyjne, kambodżańskie tańce, witając w Kambodży Nowy Rok. Opiekowałam się kocimi sierotkami. Co najmniej raz myślalam, że umrę. Przez dwa dni płynęłam łodzią po mistycznym Mekongu. Niemal wymiotowałam od smrodu po nietoperzach w prastarych świątyniach tajskiej Ayutthayi.

Nie mogłam zasnąć w górach Nowej Zelandii, bo pomimo śpiworu i wartw ubrań, było zbyt zimno. Nie mogłam zasnąć w Batu Ferringhi, bo mimo włączonych wentylatorów, było zbyt gorąco. Spałam jak zabita podczas 26-godzinnej podróży pociągiem z północnego do południowego Wietnamu i podczas jazdy nocnym autobusem z Dalat do Ho Chi Minh City. Płakałam z wysiłku po przejechaniu 90 km na rowerach górskich po górzystej okolicy Luang Prabang. Miałam w oczach łzy wzruszenia, gdy po mozolnej wspinaczce, stanęłam na szczycie Roy’s Peak. Pierwszy raz w życiu piłam kawę z koglem-moglem (pyszne), jadłam awokado ze skondensowanym mlekiem (może być) i piłam świeże piwo warte 80 gr na ulicach Hanoi (ohyda). Tęskniłam za: rodziną i przyjaciółmi, europejskim jedzeniem, wiosną, rutyną codziennego dnia.

Nauczyłam się, że nie ma jednej, słusznej drogi. Że łączy nas Ziemia, ale dzielą światy. Widziałam jak wygląda życie prostych wieśniaków z Ha Giang w Wietnamie, całe dnie ciężko pracujących na polach z pomocą motyki i wołów, bo na próżno szukać tam w promieniu kilkudziesięciu mil pojedynczego choćby traktora. Widziałam życie zabieganych Singapurczyków, mieście wielkich innowacji i nowoczesnych technologii. Niesamowicie bliskie natury życie w Nowej Zelandii i życie w betonowym, hałaśliwym, zakurzonym molochu – Bangkoku. Przekonałam się, że dla większości świata Europa to mała kraina, hen, gdzieś na dalekim zachodzie.

Kilkumiesięczna podróż solo była dla mnie wyzwaniem i cieszę się niesamowicie, że je podjęłam.

Jakkolwiek natomiast świetna była ta przygoda, nie wydaje mi się, abym jeszcze kiedykolwiek zdecydowała się ją powtórzyć. Raz wystarczy 🙂 W przyszłości chcę odkrywać świat w towarzystwie 🙂 Wiem że jest mnóstwo osób które nie mają problemu podróżować choćby i w zupełnej samotności. Ja natomiast jestem osobą towarzyską i szczerze mówiąc, najlepiej wspominam te etapy podróży, podczas których podróżowałam z kimś. (Na szczęście nawet i w solo podróży, ciężko być samemu :)) Nawet najpiękniejsze widoki nie znaczą dla mnie wiele, gdy nie mam się nimi z kim podzielić.

TOP Podróży SE Azja Stars! 🙂

Najpiękniejsze miejsca:

1. Wanaka i Hawea, Nowa Zelandia

2. Nong Khiaw, Laos

3. Tam Coc, Wietnam

Wanaka, Nowa Zelandia

Najpiękniejsze miasta:

1. Wanaka, Nowa Zelandia

2. Melbourne, Australia

3. Dunedin, Nowa Zelandia

Melbourne, Australia

Najpiękniejsze wyspy:

1. Koh Rong Sanloem

2. Perenthian Islands

3. Penang

Koh Rongs Sanloem, Kambodża

Najlepsze momenty:

1. Wejście na Roy’s Peak w Nowej Zelandii

2. Trekking na Great Walks w Nowej Zelandii

3. Pętla motorowa w Ha Giang w Wietnamie

Pętla motorowa Ha Giang, Wietnam

Najlepsze wyzwania sportowe:

1. Kurs nurkowy na Perenthian Island

2. Rowery górskie w Wellington

3. Rowery górskie w Luang Prabang w drodze do Kuang Si Waterfalls

Kurs nurkowy, Perenthian Island, Malezja

Najlepsze jedzenie:

1. Malezyjskie roti canai

2. Tajski pad-thai

3. Kawa z koglem-moglem w Hanoi

Kawa z koglem-moglem w Hanoi

Najlepsze noclegi:

1. Te Anau Lakeview Kiwi Holiday Park & Motels, Te Anau, Nowa Zelandia

2. Hostel Villa w Picton, Nowa Zelandia

3. Hostel w Du Gia, Wietnam

Miejsca do których zdecydowanie nie chcę już wrócić:

1. Phnom Penh (ewentualnie w drodze na Koh Rong Sanloem :))

2. Ho Chi Minh City

3. Bangkok

Bangkok, Tajlandia

Miejsca, do których wrócę w przyszłości 🙂 

1. Nowa Zelandia (cała)

2. Koh Rong Sanloem

3. Perenthian Islands

Fiordland, Nowa Zelandia

Czasem mam w głowie jakiś obraz ulicy, budynków – i chwilę zajmuje mi przypomnienie sobie, co to za miejsce, co to za miasto i państwo. Każdy dzień z tych siedmiu miesięcy był inny. Każdy przynosił nowe miejsca, nowe widoki, nowe znajomości. Było intensywnie, często wyczerpująco, ale niezmiennie fantastycznie.

Znalazłam magię?

No pewnie, że znalazłam 🙂 Na ukrytych wśród chmur punktach widokowych w Laosie. Pod zlewającymi się w jedno światełkami gwiazd i planktonu na plaży Koh Rong Sanloem. Podczas medytacji z tajskimi mnichami w ośrodku buddystycznym. W labiryncie wąskich, polnych dróg między intesywnie zielonymi polami ryżowymi w krainie tysiąca i jednej skały – wietnamskim Ninh Binh. W błękicie, tęczach i wodospadach szlaku Routeburn Track w nowozelandzkim parku narodowym Fiordland. I wśród rybek nemo na rafie koralowej Perenthian Islands.

Co dalej? 🙂

Nowe projekty. A także nowe podróże i nowe posty 🙂 Wciąż podróżuję, ale po Europie. Po powrocie z Azji odwiedziłam już niemiecki Freiburg, szwajcarską Bazyleę i Zurych, szwedzką wyspę Gotland i Sztokholm, a za chwilę wybieram się na portugalskie Azory. I o tym wszystkim na blogu już niedługo! 🙂

Znów przerwana wstęga mety opada na ziemię… Ironicznie układając się w słowo start!” 🙂

Meta —–> …3, 2, 1, START! 🙂

(cyt. Jarosław Jaruszewski)

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: