Jedni kochają, drudzy nienawidzą. Phnom Penh!

 
W Tajlandii, Laosie i Wietnamie spotkałam wielu podróżników, którzy Kambodżę już odwiedzili – i ilu ludzi, tyle było o niej opinii. Niektórzy twierdzili, że to ich ulubione azjatyckie państwo. Inni – że mają nadzieję już nigdy tam nie wrócić. Nie wiedziałam więc, czego się spodziewać i do Kambodży poleciałam bez większych oczekiwań – z nastawieniem, że najwyżej pozytywnie się nią zaskoczę.

 

Do stolicy Phnom Penh poleciałam samolotem z Ho Chi Minh City. Był to prawdopodobnie najkrótszy lot w moim życiu – samolot wzbił się w powietrze, ja poszłam do toalety, a jak z niej wyszłam, to musiałam usiąść i zapiąć pasy, bo już lądowaliśmy. Jeśli wybrałabym podróż drogą ladową, musiałabym pokonać dystans zaledwie 227 km (choń na standardy azjatyckie zajęłoby to i tak zapewne cały dzień) Ale nie tylko o czas chodziło, gdy zamiast biletów na autobus, zdecydowaliśmy się kupić bilety lotnicze.

Podróżowałam wraz z Rickiem – Amerykaninem rekrutującym nauczycieli j. angielskiego na rynek chiński, który w Phnom Penh zamierzał otworzyć własną szkołę języka angielskiego. W Kambodży bywał już wielokrotnie. Potwierdził to, co czytałam już na grupach podróżniczych dla osób podróżujących po Azji Południowo – Wschodniej: że na granicy z Wietnamem (i Tajlandią) dochodzi do wielu oszustw i kradzieży. Oszustwa związane są przede wszystkim z uzyskaniem wizy, dodatkowymi „opłatami” dla urzędników itd. Do tego często długie kolejki, dużo ludzi, chaos – postanowiliśmy tego wszystkiego uniknąć.

Przejście przez odprawę celną na lotnisku przebiegło natomiast spokojnie i bezproblemowo. 30-dniowa wiza turystyczna kosztowała 35 USD. Dostałam wizę i pieczątkę, po czym poszliśmy na postój tuk-tuków. Cena przejazdu do centrum miasta jest stała i wynosi 9 USD. Kierowca pokazał nam w jaki sposób mamy trzymać bagaże, sam też upewnił się, że nic nam nie wystaje – bo kradzieże z tuk-tuków to podobno zmora Phnom Penh.

Był późny wieczór, przez co szczerze mówiąc mało co było widać – a gdy mknęliśmy przez ulice miasta wydawało mi się, że może i to Phnom Penh da się lubić. Spodobały mi się szerokie ulice, tak różne od wąskich i ciasnych uliczek Ho Chi Minh City czy Hanoi. A także łagodne światła zamiast ostrych neonów wietnamskich metropolii. Hostel który wybraliśmy na nocleg wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Był schludny, przestronny, a noc w pokoju wieloosobowym kosztowała tylko 3 USD. (Kambodża ma swoją walutę, riale, którą używa się przede wszystkim do wydawania reszty z rachunku. W większości miejsc, a już na pewno w każdym turystycznym miejscu, używa się dolarów amerykańskich).

Następnego dnia, pełna energii i podekscytowania nową lokalizacją, wyruszyłam na zwiedzanie miasta. Gdy jestem w nowym miejscu i mam więcej czasu, zamiast kierować się prosto do największych atrakcji, lubię ruszyć przed siebie i przejść kilkanaście kilometrów gubiąc się tu i ówdzie, wsiąkając w miejską codzienność i po prostu obserwując wszystko dookoła.

Jak do tej pory byl to idealny sposób na poznanie m.in. Barcelony, Bangkoku, Luang Prabang czy Hanoi. W Phnom Penh… to nie było tak, że zmierzałam w tamtym kierunku. Ja po prostu szłam sobie wzdłuż jakiejś ogromnej budowy szeregu apartamentów, po czym… ni stąd ni zowąd, trafiłam do dzielnicy skrajnego ubóstwa. Blaszane rudery, piaszczysta droga, hałdy śmieci. Siedzący bezczynnie, wpatrujący się we mnie ludzie.

W pewnym momencie zorientowałam się po prostu, że coś jest nie tak. Że wcale nie chcę być tam, gdzie jestem. A nawet, że nie powinnam. Zaczęłam iść szybko, pragnąc jak najszybciej wydostać się z tego miejsca. Byłam przerażona – ale prawdziwego ataku paniki dostałam, gdy jakiś facet chwycił mnie za ramię. Krzyknęłam coś do niego, odskoczyłam i zaczęłam niemal biec przed siebie. W końcu dotarłam na ulicę, która co prawda również wyglądała opłakanie – tonęła w stertach śmierdzących śmieci – ale widziałam na niej jakieś sklepy, restauracyjkę, a i ludzie byli zajęci sobą a nie mną. To była moja pierwsza niebezpieczna sytuacja w podróży po Azji – a jak się później okazało, na szczęście również ostatnia.

Wróciłam do hostelu, a tego samego dnia kupiłam loty do Kuala Lumpur i Melbourne. Miałam jednak pozostać w Kambodży jeszcze dwa tygodnie. Na kolejne spacery postanowiłam chodzić z Rickiem. Razem z nim pojechałam do bardzo ekskluzywnego szpitala (miał wypadek motorowy w Dalat i chodził o kulach), towarzyszyłam mu też gdy wynajmował swoje mieszkanie, całkiem luksusowy, jak na kambodżańskie warunki, apartament.

Phnom Penh to stolica ogromnych kontrastów. Z jednej strony skrajna bieda. Ulice tonące w hałdach śmieci, trudny do zniesienia smród, wilgoć, hałas, brud, kradzieże. Najchudsze jakie w życiu widziałam kurczaki i przypominające zombie krowy. Z drugiej zaś… złoty wieżowiec, dziesiątki budowanych, nowoczesnych apartamentowców, a na ulicach – mnóstwo Lexusów.

Kambodża to kraj, którego nie sposób łatwo ocenić. Należy do najbiedniejszych państw świata. ONZ zalicza ją do grupy państw najsłabiej rozwiniętych (LDC – Least Developed Countries). Analfabetyzm sięga tu 65%. W miastach żyje zaledwie 13 % mieszkańców. Jest to kraj z tragiczną, nie tak odległą historią. Polityka Czerwonych Khmerów, którzy rządzili Kambodżą w latach 1975 – 1979, doprowadziła do śmieci 2535% całej populacji. Ludzie ginęli z głodu, przepracowania, a także podczas tortur i egzekucji. 25% populacji… Co czwarty człowiek. We wcale nie tak dawnych czasach. Wiele osób pamięta te wydarzenia tak, jakby były wczoraj. A niemal każdy kogoś podczas rządów Czerwonych Khmerów kogoś stracił.

Wraz z Rickiem odwiedziłam położone pod Phnom Penh Pola Śmierci – miejsce, gdzie Czerwoni Khmerzy masowo zabijali i grzebali ofiary swojego reżimu. Było mi bardzo ciężko słuchać opowieści o tym, co się tam działo. O tym, że ze względu na oszczędność amunicji, egzekucje przeprowadzano z użyciem motyk, siekier i zaostrzonych kijów bambusowych. O tym, że można było zostać skazanym na śmierć m.in. z powodu noszenia okularów. Widziałam drzewa, o których pnie żołnierze przeprowadzający egzekucje roztrzaskiwali głowy noworodków. Miejsce, w których ofiary musiały kopać dla samych siebie doły. Dziś na Polach Śmierci stoi pomnik biała stupa wypełniona setkami czaszek ofiar.

Byłam w Phnom Penh, gdy w Kambodży odbywały się obchody Nowego Roku. Poszłam na zabawę miejską w parku na wzgórzu z poznaną na wyspie Koh Rong Sanloem miejscową dziewczyną, Dane. Muszę przyznać, że było to niezapomniane przeżycie – tysiące mieszkańców stolicy bawiło się razem, tańcząc ludowe tańce i bawiąc się w tradycyjne gry. Obchody były wesołe i huczne – jak powiedziała mi Dane, dla większości Kambodżan jest to najważniejszy dzień roku.

Niestety, na co dzień na ulicach Phnom Penh nie jest ani wesoło, ani kolorowo. Jest bieda. Są kradzieże – nie tylko w nocy, ale i w biały dzień. Jest skorumpowana policja. Są nieznośnie nachalni kierowcy tuk-tuków. Każdy stara się zedrzeć z turysty dodatkowego dolara, dwa lub choćby i pięć – i człowiek nie wie co o tym myśleć, zdając sobie sprawę, jak niskie są tutaj przeciętne zarobki. Są tu wreszcie trudne do wyobrażenia dla nas, Europejczyków, sterty śmieci.

Jechałyśmy z Dane tuk-tukiem przez miasto. Dane z ciekawością pytała mnie o Europę. Wyjazd za granicę dla osób z Kambodży jest bardzo trudny, a często niemożliwy. Cierpliwie odpowiadałam więc na jej pytania. Ale gdy spytała „Czy w Londynie jest tyle samo śmieci co w Phnom Penh?” coś we mnie pękło. Nie spodziewałam się że ktokolwiek, na całej kuli ziemskiej, mógłby pomyśleć, że gdziekolwiek w Londynie (a według mnie jest to miasto całkiem brudne) jest tyle śmieci, co w Phnom Penh.

„Nie spodziewałam się że ktokolwiek, na całej kuli ziemskiej, mógłby pomyśleć, że gdziekolwiek w Europie jest tyle śmieci, co w Phnom Penh”…

W stolicy Kambodży spędziłam łącznie nieco ponad tydzień. Było to z pewnością ciekawe doświadczenie, jednak myślę, że nie chciałabym go za szybko powtarzać. Być może jednak nie będę miała innego wyboru – gdy postanowię ponownie wybrać się na kambodżańskę wyspę Koh Rong Sanloem, najprostsza droga do celu będzie wiodła właśnie przez Phnom Penh… A Koh Rong Sanloem? Cóż. Nie mogę się doczekać, aby znów ujrzeć ten raj na ziemi! 🙂 Więcej o Koh Rong Sanloem już w następnym wpisie 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: