Kraina tysiąca i jednej skały, kilku pól ryżowych… i King Konga! Oto Ninh Binh (Dużo pięknych zdjęć :)

Położone trzy godziny jazdy autobusem (lub dwie godziny jazdy pociągiem) z Hanoi miasteczko Ninh Binh, mimo, że znajduje się na nizinie, słynie z niesamowitego labiryntu strzelistych skał wapiennych oraz połączonego z nimi wyjątkowego systemu rzek i jezior. Nakręcono tu nawet jedną z części King Konga. Takie cudo musiałam zobaczyć na własne oczy!

 

Razem z Mikaelem, z którym zrobiłam pętlę na motocyklu po najpiękniejszej krainie rodem z fantasy, prowincji Ha Giang, spędziliśmy jeden dzień na piciu kawy z koglem-moglem w Hanoi. (O tej kawie napisałam TUTAJ.) Po czym złapaliśmy autobus do Ninh Binh. Samo miasteczko nie jest ciekawe, trzeba jeszcze dotrzeć do wioski Tam Coc. Jest to odległość 7 km i można oczywiście złapać taksówkę, ale można też ten dystans oczywiście przejść – i tak też zrobiliśmy.

Tam Coc to nie Ha Giang, jest tu turystycznie. Choć oczywiście wciąż im daleko do najsłynniejszych południowo-wschodnich miejscówek, takich jak tajskie Chiang Mai czy laotańskie Luang Prabang. Zostawiliśmy plecaki w hotelu o nazwie King Kong i poszliśmy zjeść do restauracji o nazwie Father Cooking. Bardzo podobają mi się te nazwy 🙂 W restauracji naprawdę gotował tata, bardzo pysznie zresztą, a jego rodzinka obsługiwała salę. Tatę więc zobaczyliśmy, ale King Konga niestety nie :)

Następnego dnia rana postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie od punktu widokowego. Po okolicy najlepiej poruszać się rowerem lub skuterem. Początkowo chciałam, podobnie jak w Luang Prabang, wynająć rower górski. Ale po pierwsze ciężko było takie gdziekolwiek wypatrzyć, po drugie były dużo droższe od zwykłych. Wzięliśmy więc, prawie za darmo, stare rzęchy z naszego hotelu. Mój miał ledwo działające hamulce i strasznie skrzypiał podczas jazdy, Mikaela z kolei był trochę niedopasowany do jego wysokiego wzrostu, ale koniec końców okazało się, że takie złomy w zupełności na Tam Coc wystarczają.

Punkt widokowy znajduje się w tym samym miejscu co jaskinia Mua Cave – i tak właśnie podpisane jest to miejsce na mapach. Ale nie dajcie się zwieść. To punkt widokowy, a nie jaskinia, jest główną atrakcją tego miejsca! O ile jaskinia jest przeciętna (chociaż było ciekawie gdy w ciemnościach brodziłam po kolana w wodzie i uderzyłam się głową o skałę) o tyle widoki z wierzchołków góry zapierają dech w piersiach.

Z góry doskonale widać całą okolicę, a więc skały wapienne, soczyście zielone pola ryżowe z maleńkimi, wiejskimi chatkami, jak i ciągnącą się na horyzoncie panoramę Ninh Binh. Wejście na górę nie jest zbyt wymagające, ale może być męczące, ponieważ stopnie są bardzo nierówne. Nie zapomnijcie o butelce wody. My oczywiście zapomnieliśmy i gnani pragnieniem zbiegliśmy z wierzchołka dosłownie w podskokach.

Następnie wybraliśmy się na spływ łódką. W Tam Coc są dwie przystanie, z których rozpoczynają się spływy. Pierwszy z nich znajduje się tuż przy wsi. Do drugiego trzeba dojechać kilka kilometrów. Wybraliśmy ten drugi. (Nazywa się Trang An) …Podobnie uczyniło tego dnia jakiś dziewięćset lub więcej Azjatów, nadciągających w zorganizowanych wycieczkach autobusami. Istny potop. Na początku byłam przerażona!

Na szczęście dobraliśmy się z parą z Anglii i pozwolono nam płynąć tylko w cztery osoby. (Łódki z Azjatami były wypełnione po siedem, osiem osób – mimo, że płacili tyle samo… W większej grupie, ha, wiadomo – weselej, dlatego na wielu łódkach odbywały się biesiady a nawet… urządzano karaoke! :)) Do wyboru są trzy trasy. Polecono nam najdłuższą z nich. Jak się okazało, szeroki strumień Azjatów popłynął gdzie indziej i na naszej trasie było wręcz spokojnie. Mogliśmy się w pełni skupić na podziwianiu przyrody. A było co podziwiać!

Na całej trasie jest jakieś siedem jaskiń, przez które przepływa się podziemnymi rzekami. Niektóre z nich są naprawdę długie. Po drodze są też przystanki, gdzie można wejść na punkt widokowy, zobaczyć wietnamskie kapliczki albo po prostu napić się kawy. Cały spływ trwa ok. trzech godzin. Podziwiam ludzi, którzy pracują tam jako wioślarze! Jako dodatkową atrakcję każdy z nas dostał swoje wiosło i jak chciał to mógł pomagać. Dlatego, będąc ludźmi uczynnymi, wiosłowaliśmy przez większość czasu. Na drugi dzień mało mi ręce nie odpadły!

Na szczęście nie odpadły. W każdym razie, wciąż byłam zdolna trzymać kierownicę. Dlatego znowu wypożyczyliśmy rowero-złomy i urządziliśmy sobie wycieczkę rowerową po dalszej okolicy. Ktoś wyrzucił świeże kwiaty. Pozbierałam je, zrobiłam z nich bukiet i wstawiłam do koszyka z przodu roweru. I tak jeździłam z tymi ślicznymi, żółtymi kwiatami cały długi dzień. Wybraliśmy się pozwiedzać ruiny starego miasta oraz położony obok punkt widokowy.

W aplikacji Maps Me oznaczony jest on notatką „Don’t go upstairs” – nie idź w górę. Dlatego oczywiście poszliśmy. Jak się okazało na wierzchołek nie ma żadnej ścieżki, trzeba ją sobie samemu wyznaczyć między skałami. Skały są dość ostre, ale wspinanie dziecinnie proste. Widoki – warte zachodu!

Na sam koniec postanowiliśmy po prostu zgubić się w labiryncie wąskich, polnych dróg między intensywnie zielonymi polami ryżowymi. W ten sposób dotarliśmy do położonego na zupełnym odludziu hostelu, gdzie wypiliśmy kolejną pyszną kawę po wietnamsku, czyli ze słodzonym, skondensowanym mlekiem. A potem podziwialiśmy wiejską scenerię. Ktoś pracował na polu. Ktoś inny popędzał drogą cielaki. Ktoś niósł bambusową klatkę z kurczakami. (Tutaj muszę wspomnieć, że wietnamskie kurczaki są o wiele piękniejsze i po prostu okazalsze niż ich bracia z Laosu i Kambodży!) I tak aż do zachodu słońca. Było super.

Do Ninh Binh wróciliśmy tak, jak się dostaliśmy, czyli pieszo. A potem złapaliśmy pociąg – drożej, ale szybciej – do Hanoi. A tam czekał na nas… kogiel-mogiel. Kawa z koglem-moglem… Rum z koglem-moglem… I piwo z koglem-moglem! No cóż. Więcej koglu-moglu… W następnym wpisie! 🙂

Przydatne info:
  • wejście na punkt widokowy: 100 000 dongów od osoby (15 zł)
  • spływ łodzią: 200 000 dongów od osoby (30 zł)
  • duża butelka wody: 7 000 dongów (1zł)
  • dobry obiad w Father Cooking (smażony makaron ryżowy z warzywami, piwo, kawa z jogurtem na deser): 164 000 dongów za dwie osoby (25 zł)
  • kawa z koglem-moglem: 30 000 dongów (4.50 zł)
  • czekolada na gorąco z koglem-moglem: 60 000 dongów (9 zł)
  • pociąg do Hanoi: 70 000 dongów (13.50 zł)

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: