Najpiękniejsza plaża Kambodży i świecący plankton – Koh Rong Sanloem!

Phnom Penh nie spodobało mi się do tego stopnia, że tydzień dzielący mnie do lotu ze stolicy Kambodży do Kuala Lumpur chciałam spędzić w hostelu z Netfliksem i pizzą. Na szczęście posłuchałam rady mamy – i zamiast tego wybrałam się na Koh Rong Sanloem. A tam pracowałam w barze na plaży i pływałam ze świecącym planktonem!

 

Koh Rong Sanloem miała stać się, razem z malezyjskimi Perenthian Islands, moją ukochaną azjatycką wyspą. Oczywiście gdy tłukłam się ponad pięć godzin autobusem z Phnom Penh do Sihanoukville, nie miałam o tym pojęcia. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, a po koszmarnym Phnom Penh i brzydkim Sihanoukville, nie oczekiwałam po Kambodży już niczego dobrego. Tym razem miałam być jednak zaskoczona bardzo pozytywnie!

Koh Rong Sanloem jest wyspą bardzo małą i spokojną (przynajmniej teraz, bo nie wiadomo, jak to będzie w przyszłości…) Po wyspie nie można się poruszać ani autem, ani skuterem – nie ma tu utwardzonych dróg. Jest za to wiodąca przez dżunglę w poprzek wyspy ścieżka z jednej dużej plaży na drugą. Taki spacer trwa ok. 20 min – co powinno dać Wam pogląd na to, jak mała jest Koh Rong Sanloem 🙂

Wzdłuż wyspa jest co prawda dłuższa, ale teren w większości również porasta dżungla. Infrastruktura na wyspie składa się więc z kilkunastu usytuowanych tuż przy plaży resortów – do których dopływa się motorówkami, kilku położonych przy głównej plaży hosteli złożonych z bungalowów, paru restauracyjek i barów, jednego punktu szpitalnego i jednego przystanku policyjnego – oba ostatnie urządzone w szałasikach i zaopatrzone w hamaki, w których wypoczywa personel gdy nie ma nic do roboty (a więc przez większość czasu :)).

Saracen Bay i najpiękniejsza odwiedzona przeze mnie w ramach podróży SE Asia Stars! plaża

Zatrzymałam się w Beach Park Hostel, gdzie spałam w kilkuosobowym domku – szałasie. I znów – nie miałam wobec tego miejsca wielkich oczekiwań, wynikających z doświadczeń z takimi domkami w Tajlandii. Zazwyczaj okazywały się być brudne i zatęchłe. Tu jednak znów czekało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie! Domek był czysty, przewiewny, zaopatrzony w wentylatory i bieżącą wodę, a nade wszystko, bardzo klimatyczny. Atmosfera w Beach Park Hostel panowała taka, jak na całej wyspie – niezwykle relaksująca i beztroska.

Do Beach Park Hostel należy też znajdujący się na samej plaży bar. Na środku wybudowanego na planie ośmiokąta, drewnianego, otwartego baru rośnie drzewo. Przechodzi przez dach i rozkłada rozłożyte gałęzie ponad nimi. Stąd nazwa baru: Beach Park Tree Bar. I to właśnie w tym barze pracowałam 🙂

Choć słowo „pracowałam” jest trochę na wyrost. Jak przypominali mi koledzy zza baru, byliśmy w końcu barem na plaży. ( Bar znajdował się na plaży zupełnie dosłownie. Małe stoliki i wiklinowe fotele z ogromnymi pufami stały na piasku, a goście rozkładali się na nich i sączyli drinki z wspaniałym widokiem na spokojne morze). A w związku z tym, że jesteśmy na plaży, jak mi przypominali, najważniejsza jest relaksująca atmosfera. W związku z tym nikt np. nie dbał o to, czy należy przetrzeć stoliki bo jest na nich piach („przecież to plaża!”) albo że ktoś czeka na zamówienie trochę dłużej („zdarza się”). Gdy nie było ruchu (a więc całe popołudnia) mogliśmy grać w siatkówkę na wodzie. Albo po prostu siedzieć z drinkiem, słuchać muzyki i nic nie robić 😉

Różowy zachód słońca podczas pracy w barze 🙂

W zamian za pracę w barze miałam darmowe noclegi, posiłki i drinki. To był bardzo dobry deal, szczególnie z tymi posiłkami – były pyszne do tego stopnia, że od samego przyjścia do baru zastanawiałam się, co dziś zamówię. Na darmowe mojitos też nie powiem złego słowa 🙂

Dostawa do baru… Łódką prosto z Sihanoukville 🙂

W barze pracowała australijsko – angielska para oraz kilku chłopaków z Kambodży. To od nich właśnie dowiedziałam się wielu ciekawych faktów dotyczących życia w tym kraju. Niestety, często smutnych. Dowiedziałam się między innymi, jaki jest poziom średnich zarobków. Jak trudno jest wyjechać z Kambodży za granicę i jakie warunki trzeba spełnić, aby to zrobić. Jakie perspektywy, marzenia i plany mogą mieć w Kambodży osoby młode. Były to ciekawe, choć często ciężkie rozmowy. Mimo wielu problemów i trudności z którymi na co dzień musieli się zmagać zarówno oni, jak i całe ich rodziny, to chłopaki byli jednymi z najbardziej wesołych, pozytywnie nastawionych do otoczenia i życia osób, które spotkałam w swojej podróży.

Kolejny idylliczny zachód słońca

Wieczory mijały mi więc na chillowych imprezach w barze na plaży. Na słuchaniu relaksującej muzyki, na serwowaniu i piciu drinków, na oglądaniu pokazów fire show które wykonywali dwaj koledzy z baru. A gdy w końcu zamykaliśmy bar – nie tak późno, bo zazwyczaj około 23:00 lub północy – i gasły wszystkie światła na plaży, szliśmy popływać ze świecącym planktonem.

Na Koh Rong Sanloem można spotkać takich właśnie przyjaciół 🙂
Lazy Beach – najlepsze miejsce do obserwowania planktonu na wyspie.

Pływanie z świecącym planktonem to jedna z najbardziej wyjątkowych rzeczy, której doświadczyłam podczas tej podróży. Wystarczy wejść do wody i zacząć płynąć, aby wokół całego ciała, z każdym ruchem, migotały blado-niebieskie drobinki planktonu. W połączeniu z oszałamiająco rozgwieżdżonym niebem i otuloną ciemnością ciszą wyspy jest to przeżycie wyjątkowo magiczne.

Plankton wygląda tak! 🙂 Niestety mój aparat nie dał rady, fot. Christopher Jobson /www.thiscolossal.com

Ranki na Koh Rong Sanloem były zaś równie relaksujące, co wieczory. Gdy było jeszcze w miarę rześko, szłam do baru na kawę i śniadanie. Gdy natomiast robiło się bardzo ciepło, brałam ręcznik i szłam popływać. Plaża na Saracen Bay to jedna z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejsza, plaża na której do tej pory byłam. Jej charakterystyczną cechą jest drobniutki jak gwiezdny pył, śnieżnobiały piasek. Woda w morzu była zaś zawsze bajecznie turkusowa i bardzo ciepła.

Wysokie temperatury w ciągu dnia mogły dać się we znaki. Wychodziłam spod prysznica i nie wiedziałam, czy wycieram ręcznikiem jeszcze wodę, czy już pot 🙂 Zdecydowanie polubiłam też prysznice z lodowatą wodą. Na szczęście wieczory jak i noce były już bardzo orzeźwiające, przez co myślę, że dłuższy pobyt na Koh Rong Sanloem zniosłabym zdecydowanie lepiej, niż półtora miesiąca spędzone w Malezji – gdzie od upału nie miałam ani jednej godziny wytchnienia (chyba że byłam akurat w klimatyzowanym centrum handlowym albo nurkowałam).

Koniec końców żałowałam, że z powodu kupionego lotu do Kuala Lumpur na Koh Rong Sanloem mogłam zostać tylko tydzień. Jest to jedno z trzech miejsc które odwiedziłam podczas mojej podróży po Azji – obok wietnamskiej prowincji Ha Giang oraz malezyjskich Perenthian Islands – do których mam ogromną nadzieję powrócić w przyszłości…

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: