Siódma przygoda. Fiord, huragan i delfiny. Milford Sound!

Milford Sound to prawdopodobnie najsławniejsze miejsce południowej wyspy Nowej Zelandii. Położony na Końcu Świata bajkowy fiord przyciąga rzesze turystów, którzy przybywają tu, aby albo odbyć kilkugodzinny rejs statkiem, albo przejść słynny Milford Sound Track. Tego miejsca nie mogliśmy przegapić! Ale też… Nie było nas na nie stać 🙂

 

No dobrze, może było – jednak ceny czegokolwiek w Milford Sound są kosmiczne. Maleńka miejscowość, w której tak naprawdę oprócz pracowników obsługujących rejsy nikt nie mieszka (jest tu przystań dla statków i kilka hoteli) położona jest na prawdziwym Końcu Świata. Do cywilizacji, czyli najbliższego miasteczka Te Anau, jest stąd 118 km. Jeśli ktoś chce skorzystać z internetu lub kupić chleb i masło, musi jechać do supermarketu właśnie w Te Anau.

Pokonanie szlaku Milford Sound kosztuje, bez przesady, miliony monet. Po pierwsze, aby dostać się na początek szlaku, jak i się z niego wydostać, trzeba wziąć łódź. Przeprawa jest krótka, ale oczywiście kosztuje krocie. Jeśli ktoś ma na tyle szczęścia że uda mu się zarezerwować nocleg w schroniskach w sezonie letnim (a najlepiej jest je rezerwować nawet z rocznym wyprzedzeniem) to musi się liczyć z wydatkiem 140 kiwi dolarów za noc – trzeba jednak wykupić od razu wszystkie trzy noclegi. A więc bum!!! Za wykupienie samego materaca i zimnego prysznica jesteśmy chudsi o 420 kiwi dolarów, czyli 1049 zł.

Krótki przystanek w drodze do Milford Sound – Mirror Lake.

Nieco tańsze są rejsy po fiordzie statkiem wycieczkowym. W zależności od firmy, kilkugodzinny rejs wraz z dojazdem autokarem z Queenstown lub Te Anau to wydatek ok. 130 – 150 kiwi dolarów. Można również wykupić sam rejs, bez autokaru – jeśli ktoś ma własne auto lub np. chce niczym Magdalena i Mikael ryzykować i łapać stopa. Sam rejs w regularnej cenie to wydatek ok. 45- 80 kiwi dolarów. Nie ma co jednak kupować ich w regularnej cenie.

Pewien Anglik który wziął nas na stopa gdy jechaliśmy na początek szlaku the Greenstone & Caples, polecił nam stronę BookMe. Można tam znaleźć promocyjne ceny na różne atrakcje w wielu miasteczkach Nowej Zelandii. Dzięki tej stronie udało nam się kupić rejs w okazyjnej cenie 20 dolarów :)

Pozostało nam jeszcze dostać się do Milford Sound. Z tym nie było większego problemu. Na dzień przed rejsem po raz kolejny ustawiliśmy się na skrzyżowaniu w Te Ananu. Tym razem zabrała nas podróżująca campervanem para Anglików. Podróż do Milford była wygodna i przyjemna, ale niestety, pogoda pogarszała się z każdą godziną. Wbrew prognozom pogody, która jeszcze dwa dni wcześniej zapowiadała słońce, niebo zasłoniły szare, kłębiaste chmury. Wzmógł się wiatr. I nim dotarliśmy na miejsce, lunął deszcz.

Było klimatycznie 😉

Z daleka wszystko wydaje się malutkie… Ale to tylko pozory!

Gdy po południu na chwilę przestał, postanowiliśmy wybrać się na spacer zobaczyć fiord. Pomim brzydkiej pogody, wyglądał przepięknie! W wodzie obok portu udało nam się dostrzec… delfiny! Szczególne wrażenie zrobił na nas potężny wodospad po prawej stronie przystani. Niestety, po pewnym czasie rozpadało się na nowo, a my musieliśmy wracać do hostelu.

Jest i delfin! 🙂

Okropna burza trwała cały wieczór. Spędziliśmy go w hostelu. Był to najtańszy hostel, jaki udało nam się znaleźć w Milford Sound (całkiem przyjemny, ale nie mieli szachów ani gier planszowych, mimo takowej zapowiedzi na stronie internetowej. Za łóżko dla jednej osoby w pokoju wieloosobowym zapłaciliśmy 40 kiwi dolarów… Był to więc nasz najdroższy nocleg z całego pobytu w Nowej Zelandii).

Miałam nadzieję, że gdy rano się obudzę, nie będzie padać. Niestety. Lało, wiało i grzmiało całą noc! Następnego poranka nie było ani trochę lepiej… Zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens iść do portu. Ale ponieważ nie dostaliśmy żadnej informacji, że rejs został odwołany, postanowiliśmy pójść.

Nie było to wcale łatwe. Hurgan był tak okropny, że miejscami nie byłam w stanie zrobić kroku naprzód! Tu i ówdzie leciały z drzew gałęzie, a deszcz zacinał boleśnie ciężkimi kroplami w twarz. Do portu dotarłam przemoczona i wystraszona (przez te gałęzie i fakt, że w pewnym momencie prawie mnie zwiało z drogi).

To nie są czarno-białe zdjęcia… Tak wygląda Milford Sound w deszczowy dzień!

W poczekalni na rejs oczekiwało kilkadziesiąt osób. Większość z nich stanowili Azjaci, którzy lubią przyjeżdżać do Fiordlandu zorganizowanymi wycieczkami autokarowymi. Ponieważ zorientowaliśmy się, że wrócić autostopem z Milford do Te Anau przez paskudną pogodę będzie wyjątkowo ciężko (a nie chcieliśmy płacić 80 dolców za kolejną noc w tutejszym hostelu) zagadaliśmy z firmą od której kupiliśmy rejs, aby podrzucili nas, o ile mają miejsca w autokarze, do Te Ananu. Zgodzili się. I to za darmo!

Przez mniej więcej godzinę czekaliśmy na to, aby wpuścili nas na statek. Gdy w końcu się udało i wszyscy szczęśliwie zajęli miejsca, z głośników buchnął komunikat… że z powodu bardzo, bardzo złej pogody, rejs się nie odbędzie. Że możemy zjeść na pokładzie darmowe frytki i wegetariańskie sajgonki, ale potem musimy wrócić do portu na autokar 🙂 Byłam trochę rozczarowana, a trochę rozbawiona. Oczywiście kwestie bezpieczeństwa są najważniejsze. Zjedliśmy frytki i ruszyliśmy do darmowego (tylko dla nas) autokaru do Te Anau.

Przez taką pogodę nie było rejsu. Ale były frytki! 🙂

Mimo, że rejs został odwołany, wycieczka do Milford była jak dla mnie całkiem udana. Po raz pierwszy w życiu widziałam fiord. Udało nam się dostrzec żyjące na wolności delfiny. I coś naprawdę wyjątkowego. Otulone gęstą szarą mgłą, płaczące góry.

Stworzył je deszcz. Tętnice wodospadów i drobne, gęste żyły strumieni tworzyły skomplikowaną, pulsującą sieć oblepiającą całe góry. Płynąca nimi niespokojnie woda przypominała krew sączącą się przez aorty dolin i wzniesień. Widok ten był pełen chłodu i życia. Niestety nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia 🙁 Przyjemnie byłoby zobaczyć Milford w słońcu, ale myślę, że i tak to właśnie w deszczu spodobałby mi się bardziej.

W Te Ananu jak zawsze czekała na nas szachownica i wino w kartonie z Fresh Choice 🙂 Ponieważ we Fiordland byliśmy już trzy tygodnie, stwierdziliśmy, że to najwyższy czas ruszać dalej. Gdy karton wina został opróżniony, po raz ostatni stanęliśmy na drodze wylotowej z Te Anau, by złapać stopa. Tym razem naszym celem była nowozelandzka stolica sportów ekstremalnych – Queenstown! 🙂

 

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Wszystkie fotografie z dzisiejszego postu są kolorowe, nie czarno-białe – choć może się wydawać inaczej 🙂 Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: