Czy Melbourne to miasto marzeń?

 
Nie lubię wielkich miast. Dlatego też lista moich wymarzonych kierunków podróży zawierała ich bardzo niewiele. W sumie tylko trzy: Barcelonę, Melbourne i Vancouver. Barcelona dwukrotnie za mną, Vancouver daleko przede mną… A w Melbourne właśnie wylądowałam! 🙂

Melbourne znalazło się na mojej liście przez koleżankę z Australii, Brooke, z którą pracowałam w barze w Londynie. Pokazała mi parę zdjęć, opowiedziała kilka historii i sprawiła, że w mojej głowie pojawił się obraz Melbourne jako miasta bardzo nowoczesnego i ładnego, z przyjaznymi ludźmi prowadzącymi określony, australijski styl życia. Zazwyczaj przed odwiedzeniem nowego miejsca staram się nie mieć większych oczekiwań, gdyż łatwo się wtedy rozczarować (w tym miejscu pozdrawiam egipskie piramidy!) ale w przypadku Melbourne, oczekiwania miałam ogromne… Byłam po prostu ciekawa, czy Melbourne to miasto marzeń 🙂

Lotu z Kuala Lumpur, który trwał ok. 7 godzin, moje oczy nie zniosły najlepiej i moja przygoda z Melbourne zaczęła się… od kontaktu z miejscową służbą zdrowia. Sprawdzono mi dokładnie wzrok, dostałam nowe soczewki, krople itd. i tylko przez dwa pierwsze dni miałam oczy czerwone jak królik. Bynajmniej nie zraziło mnie to do zwiedzania! 🙂

St Kilda

Pierwszego dnia wybrałam się na spacer wzdłuż wybrzeża po uroczej plaży w spokojnej dzielnicy St Kilda. Pogoda była piękna, a mieszkańcy Melbourne skwapliwie to wykorzystywali – ścieżki spacerowe i rowerowe pełne były spacerowiczów z psami, biegaczy, rolkarzy. Byli nawet śmiałkowie, którzy odważyli się wejść do lodowatej wody i w niej popływać, dopingowani przez… siedzące na nadbrzeżnych głazach pingwiny! :) (Szybko zresztą zorientowałam się, że plotki o tym, że mieszkańcy Melbourne starają się prowadzić generalnie zdrowy tryb życia i spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, nie są ani trochę przesadzone…) St Kilda jest spokojną i, nie da się ukryć, bogatą dzielnicą pełną pięknych domów, uroczych kawiarnii i małych sklepików. Wzdłuż wybrzeża znajduje się wiele klubów sportowych, np. żeglarskich, golfowych, jachtowych. Są (wczesnym rankiem) pingwiny i czarne łabędzie. Jest w końcu piękna przystań. Mieszkańcy chętnie umawiają się tutaj na spacery i na odpoczynek na plaży. Nic dziwnego. Atmosfera tego miejsca jest wyjątkowo relaksująca.

Przysta, a w tle panorama Melburne CBD
W Melbourne wszystko jest na odwrót. Słońce na północy, jesień w kwietniu, a łabędzie czarne 😉

Aby zobaczyć pingwiny, dobrze jest wstać wcześnie rano.

St. Kilda

Royal Botanical Gardens

Następnego dnia wybrałam się do Królewskich Ogrodów Botanicznych. Uwielbiam ogrody botaniczne jeśli tylko jakieś znajdę, to zawsze je odwiedzę a te w Melbourne są obok londyńskiego Kew Garden i ogrodów w nowozelandzkim Dunedin, moimi ulubionymi! Ogrody położone są na łagodnych wzgórzach, z któych rozpościera się fantastyczny widok na centrum Melbourne. Cała roślinność jest niesamowicie zadbana i różnorodona, a ogrody pełne świetnych zaułków i miejsc do wypoczynku. To była sobota i w co najmniej dwóch lokalizacjach przy niewielkich stawach odbywały się przepiękne uroczystości ślubne. Gdybym mieszkała w Melbourne na stałe, to byłoby z pewnością jedno z moich ulubionych miejsc na spotkania ze znajomymi w weekendy.

Centrum miasta

Malowniczo usytuowane przy rzece Yarra centrum Melbourne nie jest ani wielkie, ani bardzo tłoczne czy też hałaśliwe (choć po trzech latach spędzonych w Londynie moja skala może być dla niektórych nieco nieadekwatna :)). Jest za to nowoczesne, piękne i niesamowicie zadbane. Bardzo fajną opcją zwiedzania jest tramwaj. Melbourne po pierwsze posiada największą sieć tramwajową na świecie, a po drugie podróżowanie po centrum (strefa CBD) jest bezpłatne. (Warto wskoczyć w okrążającą centrum linię City Circle). Centrum miasta tętni życiem; pełno to kawiarnii (a kawę w Melbourne mają wyborną!) i pubów (te najlepsze są często całkiem poukrywane:) restauracji, sklepów i butików.

Pewnego dnia podczas spaceru gdzieś w parku obok Galerii Narodowej poznałam Kevina, Australijczyka z Sydney, który przyleciał do Melbourne na weekend. Wcześniej mieszkał właśnie w tym mieście. Opowiedział mi więc całkiem sporo o tutejszym stylu życia, pokazał też kilka popularnych miejsc na weekendowe spotkania z przyjaciółmi (np. bar na dachu wieżowca albo inny bar w dzielnicy finansowej z przepięknym widokiem na Yarrę) – w końcu, jak powiedział Kevin, Australijczycy równie intensywnie dbają o zdrowy styl życia w środku tygodnia, co piją w weekendy. Wybraliśmy się również razem do Shrine of Remembrance, muzeum upamiętniającym mieszkańców Wiktorii biorących udział w I wojnie światowej.

Fitzroy

Fitzroy to najbardziej hipsterska ze wszystkich dzielnic Melbourne: pełna sklepów z oryginalną odzieżą , stylowych kawiarnii, wegetariańskich barów i ciekawych sklepów muzycznych. Przede wszystkim jest to jednak dzielnica wyjątkowego street artu. Bardzo żałuję że mój Pixel umarł przed tym jak zgrałam zdjęcia, wskutek czego z dzielnicy Fitzroy mam tylko jedną fotografię. Ale za to jaką! 🙂

Na Fitzroy streetart ma się wyjątkowo dobrze.

Czy Melbourne to miasto marzeń?

W Melbourne spędziłam tydzień. Miasto poznawałam każdego dnia. Wychodziłam wcześnie rano, wracałam do hostelu po zmroku. Poznałam je moim ulubionym stylem, a więc podczas wielokilometrowych spacerów, idąc przed siebie bez celu, gubiąc się w labiryncie ulic, odkrywając przypadkowo ciekawe miejsca i budynki, obserwując ludzi i zdarzenia.

Pomimo naprawdę wysoko postawionej poprzeczki, Melbourne okazało się być właśnie takie, jak w moich wyobrażeniach. Australijska metropolia przez siedem lat (!!!) z rzędu wygrywała konkurs na najbardziej przyjemne do życia miasto świata („the most liveable city in the world”) dopiero w tym roku będąc zdetronizowanym przez Wiedeń. (Swoją drogą jest to bardzo ciekawy konkurs; coroczny ranking uwzględnia życie w 140 miastach i ocenia m.in. ich stabilność, służbę zdrowia, dbałość o środowisko, wydarzenia kulturalne, dostęp do edukacji oraz infranstrukturę. W rankingu tegorocznej edycji w pierwszej dziesiątce znalazły się trzy miasta australijskie – Melbourne, Sydney i Adelaide, trzy miasta kandyjskie – Calgary, Vancouver i Toronto, dwa miasta europejskie – Wiedeń oraz Kopenhaga oraz dwa miasta japońskie – Osaka i Tokyo. Londyn był dopiero 48, jakoś wcale mnie nie dziwi 🙂

Tytuł ten nie wziął się znikąd. Wydaje mi się, że Melbourne jest naprawdę świetnym miejscem do życia. Ale dla mnie (aż dziwnie mi to pisać) może aż… zbyt świetnym?

 

Nigdzie indziej nie spotkałam tak wielu zadbanych, wysportowanych ludzi. Zdecydowana większość mijanych na ulicach kobiet wygląda jak z Instagrama. W ciekawych stylizacjach, z pięknie ułożonymi włosami, zadbanymi rzęsami i dłońmi. Kevin wspomniał mi o tym, jak wielka jest presja w australijskich miastach, aby dobrze wyglądać. Oczywiście nie wszyscy muszą się jej podporządkowywać, ale jednak co widać na ulicach, większość ludzi to robi. (Bardzo ciekawy jest fakt, że jeśli restauracje lub kawiarnie wywieszają zdjęcia swoich potraw, muszą podać ich kaloryczność).

Do tego piękne domy, piękne sklepy, piękne kawiarnie, piękne ulice. Ogrom obiektów sportowych, stadiony do rugby i do krykieta, centra boulderingu i pola golfowe. Morze, słońce, szklane wieżowce, dobra kawa i bary z zielonymi koktajlami.

Oczywiście, to co piszę jest sporym uogólnieniem. Życie nigdzie nie jest idealne i wszędzie, gdziekolwiek mieszkamy, musimy stawiać czoła takim czy innym problemom. Mimo to, jeśli miałabym ten wybór, od życia w idealnym na pierwszy rzut oka Melbourne wybrałabym przypominające plac budowy, zdecydowanie bardziej luzackie i swojskie, nowozelandzkie Christchurch 🙂 A o moich przygodach w Nowej Zelandii poczytasz TUTAJ 🙂

 

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: