Kuang Si Waterfalls – prawdziwy cud natury w Laosie! Dzień z przygód Leny i Dylana… :)

Najpiękniejsze wodospady, jakie do tej pory widziałam w swoim życiu. Na nic filtry Instagrama, Photoshop i tym podobne. To jedno z tych miejsc, którego upiększyć w programie graficznym po prostu się już nie da. Absolutne must-see, jeśli jesteś w Luang Prabang!

 

To miał być piękny dzień. Zresztą tak się zapowiadał: rześki poranek, niebo bez ani jednej chmurki, no i pyszne śniadanie w Sabai Sabai Hostel. (Na które złożyła się kawa, omlet i bagietka). Co więc w tak pięknie zapowiadający się dzień może pójść nie tak?

Odpowiedź jest prosta. Wszystko – wystarczy, że spotka się dwóch czubków. Na przykład taka Lena z Polski i taki Dylan z Kolumbii Brytyjskiej. I wymyślą sobie, że skutery, dzielone tuk-tuki i rowery miejskie, którymi porusza się po Luang Prabang 98% turystów, są za nudne. I że dużo ciekawiej byłoby wynająć rowery górskie i pojeździć po dalszej okolicy. A potem co gorsza, wprowadzą swój jakże błyskotliwy plan w życie.

Lecimy! Droga w poszukiwaniu drugiego wodospadu.
Wynajęcie rowerów

Z wynajęciem rowerów nie ma w Luang Prabang najmniejszego kłopotu. Znaleźliśmy mały sklepik tuż za Nocnym Marketem, w którym przemiły pan za opłatą 100 000 kip oraz po spisaniu nazwy hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, wynajął nam na cały dzień dwa piękne rowery. Jeden był niebieski, drugi zielony, oba wyglądały na zupełnie nowe.

Na początku pomyślałam sobie, że to niezłe zdzierstwo, aż 50 000 kip za jeden dzień. (ok. 20 zł). Ale gdy jakieś trzy godziny później z prędkością błyskawicy, łzami w oczach, ściśniętym gardłem i wnętrznościami latającymi w moim brzuchu niczym pranie w bębnie pralki zjeżdżałam siedem kilometrów w dół po nieutwierdzonej, pełnej wybojów, dziur i kamieni drodze – zmieniłam zdanie. Błogosławiłam hamulcom, amortyzatorom oraz facetowi, który wynajął to cacko za taki bezcen 😛

Inne wodospady

Ale po kolei. Najpierw kilka dobrych kilometrów zajęło nam wyjechanie z Luang Prabang i jego przedmieści. Potem postanowiliśmy odwiedzić położony wyżej w górach park narodowy i miejsce, gdzie znajdują się dwa małe wodospady. (Z mapy wywnioskowaliśmy, że dzieląca je odległość nie jest wielka. I rzeczywiście taka nie jest, ale…)

Z dotarciem do pierwszego z wodospadów nie mieliśmy kłopotu. Ale jak tylko zobaczyliśmy ten, delikatnie mówiac, mało spektakularny ciek wodny, nadbiegł facet żądając uiszczenia opłaty za oglądanie w wysokości 20 000 kip. Odmówiliśmy, po czym znaleźliśmy maleńką ścieżkę od drugiej strony, dzięki której za darmo i tym razem z góry mogliśmy ten wodospad oglądać. Niestety z innej perspektywy nie prezentował się ani trochę bardziej okazale.

Pierwszy poważny błąd 🙂

Postanowiliśmy odnaleźć drugi z wodospadów. Ścieżka do niego na mapie oznaczona była tajemniczymi schodkami. Pomyśleliśmy, że to po prostu jakaś przyjemna, wąska leśna ścieżynka. Ouch! To był nasz pierwszy bardzo poważny błąd tego dnia.

To nie była żadna ścieżynka. I z całą pewnością nie nazwałabym jej przyjemną! To był szlak, którego nie powstydziłyby się Tatry Wysokie! Przez bitą godzinę nieśliśmy te cholerne rowery w rękach, mozolnie pnąc się pod górę i rozpływając we własnym pocie. Niekiedy ścieżka była tak stroma i tak łatwo bylo się na niej poślizgnąć, że nie pozostawało nam nic innego, jak te rowery sobie z rąk do rąk podawać. Oczywiście o mały włos a kilka razy spadłabym w dół, a raz wybiła oko (innym razem zęby) o kierownicę roweru.

Jakoś jednak udało nam się przeżyć. Wspięliśmy się na samą górę – a tam okazało się, że nieopodal znajduje się maleńka wioska. Była to najbiedniejsza laotańska wioska, jaką dane mi było zobaczyć podczas całej podróży… Prowadząc rowery i uprzejmie pozdrawiając mieszkańców, opuściliśmy ją kierując się w stronę kolejnego wodospadu.

Kilka kilometrów dalej zorientowaliśmy się, że aplikacja Maps Me nie raczy nam powiedzieć, gdzie dokładnie znajduje się zejście do owego wodospadu. Żadnych drogowskazów również nie uświadczyliśmy. W związku z tym postanowiliśmy zjechać w dół – to było owe pamiętne ostre 7 kilometrów po wertepach z żołądkiem w gardle i jelitami skręconymi w supeł. A potem wpadliśmy na kolejny genialny pomysł, to znaczy – drugi poważny błąd tego dnia. Jedźmy na wodospady Kuang Si.

Drugi poważny błąd 🙂

To nic, że Maps Me pokazuje, że mamy do nich dokładnie 30 km. No jak to, my nie damy rady??? Ho, ho! Oczywiście o mały włos, a totalnie byśmy nie dali! Pierwsze pięć kilometrów mogłabym nazwać nawet przyjemnymi – bo wiodły płaską drogą. Ale potem zaczęło być pod górkę. Dosłownie i w przenośni. Okazało się, że droga do wodospadów to jeden wielki podjazd w górę. Po jakimś szesnastym kilometrze ledwo zipałam. Po dwudziestym na usta cisnęły mi się same przekleństwa. Po dwudziestym trzecim nogi całkowicie odmawiały już posłuszeństwa.

Zrobiliśmy sobie przerwę na lunch – odpoczynek pomógł na jakieś kolejne dwa kilometry. Roztaczaliśmy wizję orzeźwiajacej kąpieli w kaskadach krystalicznie czystej wody – ale to również pomogło tylko na chwilę. Pod sam koniec już tylko porowadziłam rower, bo nie byłam w stanie podjechać choćby i pod tyci górkę. Doprawdy nie wiem, co sprawiło, że nie położyłam się na środku drogi i nie zostałam tam już na zawsze.

Kuang Si Waterfalls

Na parkingu powitały nas uśmiechnięte i zrelaksowane twarze osób, które przyjemnie i bez wysiłku dotarły na miejsce na skuterach albo dzielonych tuk-tukach. Przed wejściem znajduje się spora baza turystyczna, pełna restauracji, pubów i sklepików. Przypięliśmy rowery do ogrodzenia, kupiliśmy bilety wstępu (20 000 kip – 8.20 zł) i rzuciliśmy się w stronę wodospadów.

Widok, który ujrzeliśmy wynagrodził nam całą mękę. Kuang Si Waterfall to jedno z tych miejsc, które uświadamiają mi, jaki wyjątkowym i niezwykłym miejscem jest nasza planeta.

No co, my nie damy rady??? 😛

Woda jest przeraźliwie lodowata, a stopy gryzą ci jakieś ryby. Ale komu by to przeszkadzało! Pluskaliśmy się, aż niemal całkowicie nie zamarźliśmy. Niektórzy skakali do wody z drzewa, wyglądając jak kopie Tarzana i Jane. (Ja niestety mam uraz do takich skoków). Pierwszy stawik jest najbardziej obleganym, ale nie jedynym, w którym można się kąpać. Albo na brzegu którego można urządzic sobie piknik!

Największy wodospad

Koniecznie przejdźcie się do największego wodospadu. Jak go zobaczyłam, to szczęka mi opadła i musiałam jej szukać po kładkach drewnianego mostu. Ten widok, to jeszcze nie wszystko! Można się wspiąć leśną ścieżką wiodącą po obu stronach wodospadu i oglądać go z góry! (Oczywiście nie mieliśmy dosyć wysiłku na dziś i to zrobiliśmy). Znajduje się też mała rzeczka po której można odbyć kilkunastominutową przejażdżkę (Skorzystaliśmy – 10 000 kip, warto!) oraz więcej stawików do pływania. Niestety telefon mi padł i nie mam stamtąd żadnych fotografii.

Powrót

Nie wiadomo kiedy wybiła szesnasta – a że rowery musieliśmy oddać na dziewiętnastą, musieliśmy wracać. Wskakując na rower, o mało co się nie popłakałam. To wciąż było aż 25 km do pokonania… Na szczęście szybko się okazało, że tym razem praktycznie cała droga była z górki. Mknęliśmy niczym renifery w zaprzęgu Mikołaja i całą trasę pokonaliśmy w zaledwie jakieś półtora godziny!

Oczywiście sądziłam, że po tym dniu przez następne trzy dni nie będę w stanie wstać z łóżka. O dziwo, jedyną dolegliwością był ściśnięty żołądek (tego wieczora praktycznie nic nie zjadłam). Natomiast moje nogi czuły się na tyle rewelacyjnie, że już nazajutrz wpadłam na nowy pomysł.

Spacer po laotańskich wioskach po drugiej stronie Mekongu. Jak na siebie przystało, totalnie sie nie spodziewałam się, że będzie on liczył aż 34 kilometry… Jak to wszystko wyszło? O tym już w następnym wpisie! 🙂 Śledź mnie na Facebook Page, aby być na bieżąco 🙂
Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: