„Już prawie jestem Tajką :)” – o swoim życiu na Koh Chang opowiada Aga Falkiewicz – wywiad cz. 2

Agnieszka Falkiewicz, obecnie jedyna mieszkająca na stałe na Koh Chang Polka, opowiada nam o życiu w tajskiej społeczności. Jak się tam odnalazła? Jakie zjawiska, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, zaskoczyły ją najbardziej? Zapraszam do lektury!

 

Pierwsza część wywiadu, w którym Agnieszka opowiada o tym, jak znalazła się na Koh Chang oraz o własnym biznesie, restauracji Yummy Fusion Kitchen, znajdziecie Tutaj.

Agnieszka, jacy są Tajowie? Czy łatwo było Ci odnaleźć się w tajskiej społeczności?

– W tym miejscu chciałabym opowiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o tajskim luzie. Byłam ostatnio u mojego znajomego fryzjera w Warszawie, Tomka. Siadam na fotel, a Tomek z przerażeniem w głosie pyta mnie: „Co ty masz we włosach?!” Kompletnie nie rozumiejąc, pytam „Co?”. „Ty, no co to jest?” – dopytuje. „No, gumkę mam…” – odpowiadam. A on na to: „Aga, ale jaką! Ty jesteś blondynką! Jak ty możesz nosić niebieską gumkę?!”. I wtedy sobie pomyślałam: „Oho, chyba już chcę wrócić do domu na Koh Chang…”

Wprawdzie to była zabawna sytuacja, ale prawdą jest, że tutaj, na Koh Chang, dostaje się zdrowego luzu. Ten luz to nie dowalanie sobie stresu, o ile nie musisz go sobie zafundować. O ile wiesz, że wszyscy ludzie sobie w ten sposób sobie funkcjonują, to życie jest łatwiejsze. Podam Ci przykład: Jesteś w pięciogwiazdkowym hotelu, chcesz się napić jakiegoś napoju. A tu kelner ci mówi, że nie ma lodu – bo pan co miał z lodem przyjechać chyba zaspał. Choć właściwie nie za bardzo wiadomo, co się z nim stało.

I teraz tak: możesz zrobić z tego aferę – ale Tajowie w ogóle nie będą rozumieli, o co ci chodzi. Przecież każdy może zaspać, a lód i tak w końcu dojedzie… Możesz też wyluzować i po prostu zamówić sobie coś innego.

Szybko poczułaś się na Koh Chang jak w domu?

– Koh Chang nie jest jeszcze całkiem turystyczną wyspą. Nie można jej porównywać np. do Pukhet czy Koh Samui. Tutejsi Tajowie się uśmiechają, a ty nie masz wrażenia, że jest to uśmiech czysto biznesowy, tylko rzeczywiście przyjacielski. Ja poczułam się tutaj jak w domu dosłownie po kilku tygodniach. Już po kilku tygodniach miałam sytuację, że ledwo wchodziłam do sklepu, a sprzedawczyni chwytała dokładnie to, co wiedziała, że potrzebuję – gdzie w Polsce przeprowadzając się z jednego miejsca do drugiego, czasami wogóle takiego stanu nie osiągnęłam. A w Tajlandii, 8 tys km dalej, nagle jestem swoja po wcale niedługim czasie.

Mamy więc tajski luz. A ta druga rzecz?

– Druga sprawa również dotyczy spraw międzyludzkich: ludzie tutaj się nie oceniają. W zeszlym roku vis-à-vis Yummy znajdował sie klub prowadzony przez ladyboy’ów. Owszem, i ladyboy’e i prostytutki – to wszystko bardzo mocno tu istnieje. Ale jest to tutaj sposób, często jedyny, na utrzymanie rodziców i domu. Tutaj nie ma emerytur. Jest więc przyjęte, że to dzieci zajmą się rodzicami na starość. Te prostytutki i ladyboy’e wstają bardzo wcześnie rano i pracują, żeby potem znów pójść do kolejnej, bardzo w sumie ciężkiej pracy. 

Tak więc w zeszłym roku mieliśmy ladyboy’ów, a w tym roku są prostytutki, dziewczyny z którymi również się przyjaźnię. Znam wszystkie, żyjemy w bardzo dużej przyjaźni, co myślę, też pokazuje to, jak żyją Tajowie: Tajowie nie pakują się innym ludziom w życie. Po prostu oni mają swoje życie, swoje prace, swoje rodziny. Tutaj ludzie nie oceniają. Nie dają ci odczuć, że oceniają. Nie ma tej ciągłe presji, że coś musisz zrobić, albo coś tobie nie wolno zrobić. Tutaj jest ważne, żeby się szanować nawzajem i żeby nie robić sobie krzywdy.

Z ekipą Yummy Fusion Kitchen! / Fot. yummyfusion instagram

W jakim miejscu teraz mieszkasz?

– Mieszkam w Klong Prao, w fajnym domu przy rzeczce, takim typowo tajskim. Mam pięć psów i dwa koty. Dwa psy mam adoptowane jako szczeniaki, trzy psy mam przygarnięte z ulicy. Mam jednego kota z Polski, jednego kota adoptowanego z białaczką i ogólnie jest fajnie 🙂

Przeżyłam tu już porę deszczową i muszę powiedzieć, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Gdy w Polsce pada deszcz, taki że wiesz, że za trzy minuty się skończy – bo tak wielkie krople lecą – to tu pada taki sam deszcz. Tyle, że trwa to nie trzy minuty, a pięć dni. Bez przerwy. Tak własnie wygląda monsun.

Cudne jest to, że życie wygląda wtedy tak samo. Wszystkie kramiki otwierają się o tej samej godzinie, dzieci tak samo jadą do szkoły. Jakby nie patrzeć, to spora część roku, życie nie może być więc inne.

Tylko pranie nie wyschnie i trzeba korzystać z serwisu. Miałam też z tym trochę problemów, bo też w tej porze deszczowej mieszkałam już w tajskim domu. I tak jak ten dom uwielbiam, tak ma on źle rozwiązaną kwestię wietrzenia i jak się okazało, wszystkie czyste rzeczy, teoretycznie czyste, śmierdzą wilgocią.

Nawet w raju musi czasem popadać…. 🙂

Odkryłaś w sobie coś z Tajki?

–  Moja droga, ja już niemal jestem Tajką! Po pierwsze wychodzi na to, że kocham pieniądze. Po drugie nie chcę mieć za męża Taja – dokładnie tak jak Tajki. Już mam tajski styl ubierania się. Wiem na przykład, że futerko jest trendy – i wszystkie tajskie przyjaciółki zazdroszczą mi mojego futrzanego plecaczka.

Weszłyśmy na temat ubrań i cóż, muszę wspomnieć, że jeśli chodzi o bieliznę to jest to dla mnie dramat, gdyż nie mogę dostać tutaj bielizny w swoim rozmiarze.  Tak samo jak obuwie, ponieważ rozmiar 42,5 jest tutaj dla kobiety absolutnie nieosiągalny! Notorycznie marznę – tak jak Tajki. Chodzę w długich spodniach, mam w domu swetry, a nawet wełnianą czapkę. Chciałam kupić puchówkę, którą zobaczyłam na przecenie w Bangkoku, taką złotą – idealny kolor na Koh Chang, wszystkie koleżanki by mi zazdrościły ale niestety rozmiar był za mały…

Puchówkę? To jakie są tutejsze najniższe temperatury?

– Było osiem stopni w nocy, jakiś miesiąc temu. To była akurat jakaś anomalia pogoda, takie rzeczy rzadko się zdarzają. Mi zaczyna się robić zimno jjuż przy wudziestu stopniach. A gdy jadę skuterem w nocy, dwadzieścia cztery stopnie to już jest dla mnie temperaturą na długi rękaw, sweter i rękawiczki. Termostat mam już zdecydowanie tajski! 🙂

Jak ci się jeździ po tutejszych drogach?

– Cudownie odnalazłam tutaj w roli kierowcy. Ja już po Polsce jeździłam po tajsku – wtedy kierowcom usta się układały w takie ku… 🙂 Przyjechałam do Tajlandii i momentalnie załapałam tutejszy ruch. Jeździć po tajsku to znaczy po prostu cały czas po chamsku, w najobleśniejszy sposób, zajeżdżać sobie drogę 🙂 Tylko bajer polega na tym, że ten, któremu ta droga jest zajeżdżana, po prostu delikatnie przyhamowuje. I to jest magiczne zaklęcie na cały ruch w Tajlandii! Wszystko po prostu płynie i nikt nikogo nie musi wyzywać. Każdy kuma, że najważniejsza jest płynność w ruchu. Aby się nie zatrzymywać, startować, zatrzymywać, startować. Uwielbiam jeździć po Bangkoku, najlepiej pick-upem. Cały czas jazda to dla mnie dobra zabawa!

Na mój skuter, jeśli robię dostawę, jestem w stanie załadować wszystko. Łącznie ze zgrzewką jajek, z piwem i coca-colą. Jestem w stanie tak wszystko załadować, że pod Makro ludzie często podchodzą do mnie wyrażając zdziwienie, że jestem w stanie jechać. Mało tego: nie pozwalam sobien pomagać, bo mam już swój własny, wielokrotnie przetestowany system. Wiem na przykład, gdzie mają się znaleźć krewetki, żeby mi nie ściekały po nodze. I byłabym już taką prawdziwą Tajką, gdybym do zakupów miała jeszcze na skuterze trójkę dzieci i kurę.

Na swój skuter Aga jest w stanie zabrać niemal wszystko! / Fot. Facebook Page Agnieszki Falkiewicz

Co najbardziej zaskoczyło Cię w takim tutejszym codziennym życiu?

– Chyba najbardziej zaskakujaca była dla mnie sprawa podejścia do trzeciej płci. Zaskoczyło mnie, po realiach polskich, że jest trzecia płeć – i że ona tutaj po prostu jest. Nic więcej. Ma ona tutaj wiele „odcieni”. Niektórzy mężczyźni czuja się kobietami, przebierają się i zachowują jak kobiety, niektórym wystarczy tylko makijaż. Niektórzy mężczyźni malują się, bo po prostu mają taką ochotę. Widziałam już taki luz, co prawda nie w Warszawie i nie w Polsce, ale w Berlinie czy innych zachodnich miastach.

Kolejna rzecz. Jeśli poszłabym do sklepu, wzięła torebkę chipsów, wsadziła do swojej torebki i wyszła, to sprzedawczyni najprawdopodobniej wybiegłaby za mną i powiedziała „Słuchaj, pomyliłaś się, bo wzięłaś chipsy a zapomniałaś za nie zapłacić”. Tajowie nie podejrzewają cię na pierwszym miejscu o złe intencje. Zdarzyło mi się, że sprzedawca nie miał jak mi wydać reszty z zakupów i zostawił mnie samą w sklepie – z wysuniętą szufladą pełną grubych pieniędzy, a sam gdzieś poszedł rozmienić resztę dla mnie. Mój dom jest cały czas otwarty. Mało tego, drzwi są caly czas uchylone, bo koty muszą wychodzić.

Ciekawą rzeczą jest też, że tutaj osobie która straci kogoś bliskiego, jest w żałobie, daje się pieniądze w kopercie. Nie przynosi się żadnych kwiatów, wieńców i tym podobnych – po prostu przynosi się najbardziej logiczną rzecz, która w takim momencie jest potrzebna, czyli pieniądze w kopercie. Zdziwiło mnie to bardzo pozytywnie i zastanowiło, dlaczego my, Europejczycy, nie zdażyliśmy na to wpaść. Tym bardziej, że my czesto narzekamy na Tajów, że są oni tacy niegramotni, bez pomyślunku – natomiast często wychodzi, że my też tacy jesteśmy.

Są z pewnością też rzeczy, które cię zaskoczyły negatywnie…

–  Boli mnie strasznie, że jest tutaj, na Koh Chang, duży problem ze śmieciami. Po pierwsze jesteśmy na wyspie, po drugie jest tutaj bardzo niska świadomość ekologii. Czuję swoją misję w tym aby, mieszkańcy Koh Chang nauczyli się w końcu zgniatać butelki – ale z jakichś powodów nie może to przejść, dlatego więc widzę codziennie wielkie samochody napchane pełnymi powietrza butelkami. Niestety tutaj nie tylko nie zgniata się butelek, ale w ogóle nie sortuje śmieci.

Kolejna rzecz, wyrzuca się tu bardzo dużo jedzenia! Bardzo dużo jedzenia się też marnuje. Po części wynika to z klimatu.  Jeśli jedzenie stało przez ileś godzin w temperaturze na zewnątrz, dla Tajów jest do wyrzucenia.

Moja ekipa w restauracji była bardzo zaskoczona gdy poprosilam Gao, kucharkę, aby gdy ma np. przygotowane zgrillowane warzywa na pizzę i ich w danym dniu nie wykorzysta, pakowała je dla mnie. O ile ona następnego dnia chce zrobić dla klientów świeże – to ja sobie mogę przecież te warzywa zjeść, np. z oliwą. Pokazałam im też, że niektóre rzeczy biorę dla bezdomnych psów. Takie małe zmiany, zawsze robią dużą różnicę. Cieszę się, że możemy się nawzajem od siebie uczyć!

Dziękuję Agnieszce za podzielenie się swoją historią i zapraszam do odwiedzenia fanpage prowadzonej przez nią restauracji – Yummy Fusion Kitchen!

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: