Dziesiąta przygoda. Mroźny upał i suche jeże. Hawea!

Położona nad rozległym jeziorem o tej samej nazwie maleńka miejscowość Hawea to miejsce, w którym z chęcią kupiłabym dom! O ile oczywiście kiedykolwiek byłoby mnie na niego stać…

 

Po pierwsze, od Wanaki, która jest moim ukochanym miejscem w Nowej Zelandii, dzieli ją zaledwie 17 km. Po drugie, jest tu jeszcze spokojniej niż w Wanace. Nie ma tu ani jednego sklepu. Jest za to ogromne jezioro, góry, łąki pełne owiec i krów, mała eletrownia wodna oraz cisza i spokój. Jeśli pewnego pięknego dnia stwierdzę, że stać mnie na kupno domu, chciałabym go kupić w miejscu takim jak te.

Z Wanaki do Hawea dotarliśmy stopem – pokonanie trasy nie zajęło więcej niż dziesięć minut, a podrzucił nas chłopak który w najbliższych tygodniach miał rozpocząć pracę w Wanace jako instruktor narciarstwa.

W Hawea nie ma wielkiego wyboru, jeśli chodzi o miejsca noclegowe. Zatrzymaliśmy się w położonym tuż nad jeziorem hostelu połączonym z hotelem i restauracją. Pierwszego dnia wybraliśmy się na krótki (kilku kilometrowy) spacer wzdłuż jeziora. Odwiedziliśmy też eletrownię wodną. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Spokojna Hawea
Przystanek autobusowy
Na drogach nie poszalejemy 🙂

Następny dzień Mikael postanowił spędzić w hostelu, odpoczywając przy gierkach komputerowych. Ja z kolei postanowiłam wybrać się na jednodniowy trekking, na wierzchołek góry Grandview Mountain. Jest to szlak położony najbliżej Hawea – ale i tak, by dojść do parkingu na jego początku, musiałam pokonać pieszo… 7 km. Stamtąd, na wierzchołek góry, było już „tylko” 9 km 🙂 Myślałam, że spokojnie dam radę. Myślałam tak przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że poprzedniego dnia widziałam tę górę – nie wyglądała na wielce trudną. Szybko jednak okazało się, że górka ta była jedynie pagórkiem w drodze na położony za nią prawdziwy szczyt Grandview Mountain.

Myślałam, że ten pagórek to Grandview Mountain… O naiwności! 🙂

Najtrudniejszą częścią trekkingu nie była jednak wspinaczka na sam szczyt. Najtrudniejszy był kompletnie płaski początek. Pierwsze 3 km wiodły doliną. Wysokie zbocza gór skutecznie ją ocieniały, tak więc pomimo wesoło święcacego wysoko słońca, wszystko dookoła było przemarznięte. Co prawda okryte szronem krzewy wyglądały malowniczo, ale lodowato zimna woda w rzeczce okazała się być prawdziwym wyzwaniem. Rzeczka ta szła serpentyną, była dość szeroka, nie było na niej ani mostków ani kładek – i sięgała mniej więcej kolan.

Nie można było się więc w niej utopić, ale też nie sposób było przejść ją suchą stopą. Pierwsze cztery razy zdejmowałam buty, ale było to bardzo czasochłonne, a poza tym niesamowicie wymarzły mi palce rąk, więc za piątym i każdym kolejnym razem przechodziłam już w butach. Okropnie zmarzłam!

Na szczęście gdy tylko dolina się skończyła a szlak wszedł na osłonecznione zbocze góry, znów zrobiło się bardzo ciepło, a ja błyskawicznie wyschłam. Zdjęłam rękawiczki i założyłam okulary przeciwsłoneczne.

Od tej pory wędrówka była bardzo przyjemna. Pola dookoła porośnięte były tussockiem, czyli suchymi trawami rosnącymi w kępach przypominających jeże. Jeszcze przed linią śniegu byłam na tyle wysoko, by móc dostrzec nie tylko Haweę, ale również Albert Town i Wanakę.

Po jakimś czasie dotarłam do śniegu. Było go całkiem sporo, a że słońce prażyło niemiłosiernie, śnieg ten szybko się roztapiał. Chodzenie po nim nie było najłatwiejsze. Ale pomalutku dotarłam na sam wierzchołek Grandview Mountain – jak informowała znajdująca się tam tabliczka, było to 1398 m. Pod tą tabliczką poznałam dziewczynę z Anglii, która mieszkała w Wanace i tymczasowo pracowała w tamtejszym minimarkecie, a w wolnych chwilach fotografowała nowozelandzką przyrodę.

Drogę powrotną na parking pokonałyśmy razem. Na dodatek dziewczyna ta podwiozła mnie swoim autem do hostelu, nie musiałam więc dreptać z powrotem tych 7 km (całe szczęście, gdyż zdecydowanie nie zdążyłabym przed zmierzchem).

W nagrodę za udaną wyprawę zjadłam tego wieczoru w restauracji wegetariańską pizzę. Następnego dnia wyruszyliśmy już w długą drogę do Wellington. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zostaliśmy w Hawea dłużej. Być może kiedyś powrócę tam campervanem na cały miesiąc… A być może jednak kupię tam swój dom! 🙂

Wanaka i Hawea – miejsca, do którego pewnego dnia chciałabym powrócić…

 

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: