Piąta przygoda. Mech, paprocie, porosty. Greenstone & Caples Track!

Po powrocie ze szlaku Keplera, chcieliśmy więcej. Więcej gór, natury, wodospadów, gwiazd. Więcej tussocku, mchu, paproci i porostów. Więcej prysznicy – …cóż, tego akurat nie mogliśmy załatwić 😛 Cała reszta była jednak w zasięgu ręki. Zdecydowaliśmy się przejść Greenstone & Caples Track!

 

Szlak ten zaproponował Mikael. Powiedział, że przypomina on Rohan z Władcy Pierścieni. Oczywiście więc z miejsca się zgodziłam 🙂 Ponieważ po Greenstone & Caples Track rozważaliśmy przejście również części Routeborne Track, cała eskapada miała zająć równo tydzień.

We Freschoice kupiliśmy więc odpowiedni zapas jedzenia – mimo, że część to były liofilizaty, odniosłam wrażenie, że mój plecak ważył już tyle, co ja. Kupiliśmy też rzeczy, których nam brakowało na Kepler Track, a więc m.in. świeczki, herbatę, mokre chusteczki i, najważniejsze, „Bushmana” 🙂 Czyli środek przeciwko komarom, muszkom, meszkom i przeciwko mojemu największemu wrogowi w Nowej Zelandii: sandflies! Ciężki oręż zawierający dużo DEET, ale na te paskudy niestety nic lekkiego nie działa.

Na szlak Greenstone & Caples Track (są to dwa osobne szlaki, ale można je połączyć w piękną pętlę) wyrusza się z parkingu the Divide, położonego 83 km od Te Anau. (Tak! 83 km! Fiordland jest bardzo duży! 🙂 Wyszliśmy na skrzyżowanie w Te Anau z drogą na Milford Sound i po jakichś 20 minutach złapaliśmy stopa. Pewien miły Anglik jechał na rejs do Milford Sound i zechciał nas podrzucić. Droga minęła przyjemnie, pogoda była idealna.

Najpierw zdecydowaliśmy się wspiąć na Key Summit: z którego roztacza się fantastyczny, panoramiczny widok na masywne szczyty gór Humboldt i Darran, a także na znajdujące się w dolinach jeziora. Z parkingu the Divide trzeba iść ok. godzinę szlakiem Routeborne, a następnie odbić i ok. 20 min iść ścieżką (dobrze oznaczoną) prowadzącą na wierzchołek Key Summit. Na górze, gdy wspięliśmy się ponad linię drzew, było bardzo wietrznie.

Widoki widokami, ale Key Summit sam w sobie jest miejscem zdumiewającym! Wierzchołek jest płaski i utworzono na nim pętlę spacerową, dzięki której można lepiej przyjrzeć się tamtejszej naturze. Mokradła, roślinność alpejska, tussock, futrzaste mchy, grube porosty, wąskie strumyczki i mieniące się od słońca jeziorka… Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie cudowności.

 

Po zejściu z Key Summit wyszliśmy na szlak Greenstone. Szybko zorientowałam się, czemu zawdzięcza swoją nazwę. Ścieżki wypełnione są kamieniami o unikalnym, trudnym do określenia kolorze. Raz wydawało nam się, że są niebieskawe. Innym razem, że zielonkawe… Czasem z kolei napotykaliśmy kamienie zupełnie fioletowe. Po drodze spotkaliśmy też czarnego jelenia. Skącząc przez rozłożyste paprocie, w cieniu grubych pąków porostów zwisających z fantazyjnie powykrzywianych gałęzi drzew, wyglądał wręcz baśniowo.

Pierwszy nocleg wypadł nam w chatce McKellar Hut. Ponieważ szlak Greenstone Track nie należy do Great Walks, a poza tym było po sezonie, nie spodziewaliśmy się tłumów. I faktycznie, oprócz nas nocowało tylko kilka osób. Późnym wieczorem przylazło jednak dwóch myśliwych. Ludzie w ogóle nie w moim klimacie, wystarczy powiedzieć, że jedyne co robili, to żłopali piwsko i gadali o zabijaniu zwierząt… Także nie tracąc energii na konwersację, szybko zawinęłam się z części dziennej schroniska i poszłam spać. Była to nasza pierwsza, naprawdę zimna noc… 

Spałam w śpiworze, dwóch bluzach i czapce, a rano i tak obudziłam się porządnie wymarznięta. Po kolejnym królewskim śniadaniu (owsianka z mlekiem w proszku i z daktylami) ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed sobą mieliśmy 18 km do kolejnego schroniska, Greenstone Hut. Droga była przepiękna i miejscami rzeczywiście przypominała tolkienowski Rohan 🙂 Byłam urzeczona widokiem szerokich dolin tonących w rozłożystych, przypominających jeże kępach suchego tussocku.

Nowa Zelandia, kraina tysiąca tęczy!

Minusem były… wszechobecne krowie placki. Szlak znajduje się częściowo na prywatnych pastwiskach. Tych krów nie ma tam wcale dużo, placków natomiast na tyle sporo, że zaczęłam się na poważnie zastanawiać, jak duże są możliwości produkcyjne krów. Poza tym przysięgam, one umyślnie zostawiają te placki na samym środku ścieżkiNiestety pogoda się pogorszyła. Od czasu do czasu padało, niebo było szare a my musieliśmy iść w większości po podmokłym terenie.

Dookoła tussock i …krowie placki 🙂

Greenstone Hut również jest schroniskiem średniej wielkości, ma 20 miejsc noclegowych. Ale tej nocy byliśmy tam zupełnie sami. Nie żebym narzekała, zdecydowanie wolę swoje własne towarzystwo niż towarzystwo myśliwych 🙂 Poranek obudził nas zupełnie magicznym widokiem. Była to najjaśniejsza, najwyraźniej widoczna tęcza jaką kiedykolwiek do tej pory widziałam.

Trzeciego dnia, w czasie którego musieliśmy przejść 19 km do Mid Caples Hut, niemal cały czas siąpiło. Nie było to złe, jeśli brać pod uwagę widoki wodospadów, strumieni i rzeczek. Ale po kilku godzinach marszu po śliskiej i podmokłej ścieżce, mieliśmy trochę dość. Cały szlak Greentone & Caples Track położony jest w dolinach i jest jakby nie patrzeć jest płasko, więc o ile męczył nas deszcz, nie męczyły nas wysokości.

Jeden z wiszących mostów
Woda w rzece tak czysta, że z daleka widać pływające w niej ryby…

Co jakiś czas spotykaliśmy naszego najlepszego kumpla w Nowej Zelandii, którym jest ptaszek fantail bird 🙂 Po polsku: wachlarzówka posępna 😀 Jest to wróblowaty wesołek, który nie stroni od ludzi, pofruwając możliwie najbliżej i rozkładając niczym wachlarz długie piórka w ogonie. Z pewnością nie jest to gatunek nieśmiały, ale przyczyna, dla której tak bardzo lubi towarzystwo ludzi, jest bardzo prozaiczna: gdzie idzie człowiek, tam poruszają się trawy, gałązki i podrywają się do lotu siedzące na nich insekty, komary i muszki, którymi wachlarzówka posępna się żywi.

Wachlarzówka posępna 🙂

Schronisko Mid Caples Hut było moim ulubionym na szlaku. Po pierwsze, było tam najcieplej. Kominek zacnej marki Pioneer 😛 znajdował się na samym środku pokoju dziennego, a pokoje sypialniane były tuż obok. W środku było przytulnie, a z szerokich okien roztaczał się przepiękny widok na całą dolinę. Ten wieczór spędziliśmy na rozmowie z parą podróżników, którzy podobnie jak my podróżowali dużo po Azji (koniec końców wydali mi się jednak podejrzani, ponieważ stwierdzili, że Phnom Penh to jedno z ich ulubionych miast. …Serio??? :P) Byli też myśliwi, ale żyli swoim smętnym życiem najpierw na zewnątrz, bawiąc się w rąbanie drzewa i polerując broń, a potem szybko poszli do swojego pokoju spać.

Mid Caples Hut późnym popołudniem…
… I widok ze schroniska wczesnym porankiem 🙂

Następny dzień był znów wymagający, do przejścia z Mid Caples Hut do Lake Howden Hut mieliśmy 20 km. Zaczęły się też poważniejsze podejścia w górę, których punktem kulminacyjnym miał być McKellar Saddle. Na szczęście już nie padało i wędrówka była bardzo przyjemna. Poza tym nasze zapasy jedzenia trochę stopniały, więc plecaki były lżejsze. Prysznica w dalszym ciągu nie wzięłam, ale nie płakałam nad tym już tak bardzo, jak na szlaku Keplera 🙂

Czasem chmury się rozwiewały ukazując takie GÓRY 🙂
Trochę Rohan 😉

Obawiałam się, że podejście na McKellar Saddle będzie wymagające, jednak po trzech dniach wędrówki po płaskim terenie, wysiłek powolnego wspinania się wyżej i wyżej był czystą przyjemnością. Pod względem przyrody Mc Kellar Saddle przypomina nieco Key Summit. Aby chronić tutejszą delikatną roślinność podalpejską, dla turystów ułożono solidną, ciągnącą się przez kilkadziesiąt metrów drewnianą kładkę. Zresztą i tak nie ma co z niej schodzić, bo dookoła jest mnóstwo mokradeł. Takich o których nie wiadomo, czy są głębokie na 30 cm, czy na półtora metra 🙂

McKellar Saddle
Schodząc w dół z Mc Kellar Saddle…

Po przejściu Mc Kellar Saddle weszliśmy ponownie poniżej linii drzew i ostrym zygzakiem zaczęliśmy schodzić szybko w dół. Było to niezłe wyzwanie dla naszych kolan. Po jakiejś godzinie znów byliśmy w dolinie. Labiryntem wąskich, wysłanych mchem ścieżek dotarliśmy do jeziora Howden i kontynuowaliśmy wędrówkę wzdłuż rozległej tafli jeziora, aż dotarliśmy do schroniska Howden. To miało być nasze miejsce noclegowe. Jednak… Godzina wciąż była młoda (dokładnie 15:30) a gdy usiedliśmy na ławce przed domkiem aby zjeść lunch z widokiem na jezioro i góry, natychmiast zleciały się sandflies.

W podskokach uciekliśmy do środka zanim zaczęły nas gryźć, po czym zdecydowaliśmy, że spróbujemy dotrzeć do pierwszego schroniska na szlaku Routeburn, McKenzie Hut. Według oznaczeń powinno to zająć od 3 do 4 godzin. Pomimo sporego zmęczenia optymistycznie nastawiliśmy się na 3 godziny, dzięki czemu dotarlibyśmy do schroniska tuż przed zachodem słońca.

Ostre podejście w górę tuż po samym wejściu na szlak dobitnie oznajmiało, że nie będzie łatwo. Zakładaliśmy co prawda, że wysiłek ten zostanie wkrótce wynagrodzony ładnymi widokami… Ale nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażaliśmy sobie, że już niebawem ujrzymy najbardziej bajkowy wodospad w naszym życiu. I widoki gór, które wprawią nas w najgłębsze zdumienie nad cudownością natury naszego świata.

Routeburn Track miał zostać moim ulubionym szlakiem w nowozelandzkich górach!

 

O przygodach na Routeburn Track już w następnym wpisie 🙂

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: