Malezyjska stolica pysznego jedzenia i street artu. George Town!

 
Do George Town, drugiego pod względem powierzchni największego miasta Malezji, turyści przyjeżdżają z trzech powodów. Pierwszym z nich jest eklektyczna architektura. Drugim – unikatowy street art. Trzecim zaś – i być może najważniejszym – jedzenie 🙂

 

George Town leży na wyspie Pengang. Wyłączając Borneo, Pengang to czwarta największa wyspa Malezji – po Pulau Banggi, Pulau Bruit i Langkawi – o obszarze równym ok. 1/3 powierzchni Singapuru. Na wyspę można dostać się z położonej na półwyspie miejscowości Butterworth. Samo Butterworth jest miastem industrialnym, nieposiadającym w najmniejszym stopniu klimatu George Town i pisząc szczerze, zupełnie nieciekawym – ale jest ważnym węzłem komunikacyjnym. Wszystkie drogi z Malezji prowadzą z Butterworth 😉 

Na Penang z półwyspu można się dostać na dwa sposoby – przez most albo promem. Mosty są dwa: straszy, Penang Bridge, mierzy 13.5 km. Młodszy, otwarty w 2014 roku Sultan Abdul Halim Muadzam Shah Bridge mierzy aż 24 km! Jest to najdłuższy most zarówno w Malezji, jak i całej Azji Południowo-Wschodniej. (Niedawno obejrzałam na Discovery ciekawy dokument pokazujący jego budowę).

Na Penang kupiłam w końcu nowy telefon dzięki czemu mogłam w końcu powrócić do robienia zdjeć, aczkolwiek wszystkie fotografie z dzisiejszego wpisu wykonałam na szybciaka podczas ostatniego, wieczornego spaceru po George Town, przez co daleko im do instagramowych „idealności”… 😉

Zdecydowana większość turystów dociera na Pengang odchodzącym z Butterworth promem. Terminal promu jest wygodnie połączony z dworcem kolejowm i dworcem autobusowym przez zadaszone kładki dla pieszych – jest to bardzo rzadki przykład dobrego planowania transportu publicznego w Malezji 🙂 Prom na Pengang kosztuje gorsze – dokładnie 1.20 ringgit, czyli 1.07 zł, a droga powrotna jest zupełnie bezpłatna. Na dodatek operujący od bladego świtu do północy prom odchodzi co 20-30 minut, a sama przeprawa 3 km odcinkiem trwa zaledwie 15-20 minut. Nic więc dziwnego, że wszyscy ten prom kochają! 🙂

George Town może i jest drugim pod względem powierzchni największym miastem Malezji, ale tej wielkości na ulicach jakoś i tak nie widać. Jest raczej spokojnie i cicho. Bardzo dużym plusem Pengang jest miejscowy transport publiczny. System połączeń autobusowych pozwala wygodnie (niskopodłogowe, klimatyzowane autobusy :)), szybko i tanio dotrzeć do każdego punktu na wyspie – od międzynarodowego lotniska przez George Town po Teluk Bahang, małej miejscowości rybackiej położonej przy Parku Narodowym. Samo historyczne centrum George Town jest na tyle kompaktowe, że do najważniejszych punktów miasta bez większego wysiłku dojdziemy pieszo. Wiele hosteli oferuje też bezpłatne wypożyczenie rowerów – jest to dobra opcja na zwiedzanie wieczorem, gdy upał nieco zelżeje.

Gdy byłam w Malezji, w najlepsze trwał sezon na duriana. Nie wolno go wnosić do autobusów!

Temperatury bowiem są całkiem nieznośne i to właśnie w George Town po raz pierwszy poczułam się nimi zmęczona. Zatęskniłam za nowozelandzką jesienią w czerwcu. Albo polskim latem – dokładniej jego rześkimi porankami i całkiem przyjemnymi wieczorami. Temperatury na Pengang są praktycznie cały rok takie same – średnia miesięczna w ciągu dnia waha się od 30.4 st w październiku do 32.2 w lutym, na orzeźwiające wieczory nie ma co liczyć. Podobno zdarzają się deszcze – ale ja przez miesiąc na Pengang doświadczyłam ledwie kilka deszczowych godzin, które nie przyniosły od upałów najmniejszej choćby ulgi.

Upały były dla mnie zdecydowanie najgorszym apsektem półtoramiesięcznej podróży po Malezji (ale właściwie jedynym negatywnym) . Sprawiły, że na samą myśl o ciepłych krajach się wzdrygam i poważnie myślę o zamieszkaniu na Islandii albo w Szwecji.

Jeśli jednak zaciśniemy zęby, zaopatrzymy się w nawilżające chusteczki odświeżające i napełnimy swoją butelkę zimną wodą, możemy wybrać się na spacer po historycznej dzielnicy George Town 🙂 To tutaj znajdują się rozsławiające miasto ulice w stylu kolonialnym, z oryginalnymi, wybudowanymi w XIX wieku domami handlowo-mieszkalnymi. Część z nich została wspaniale odrestaurowana, część jednak wciąż pozostaje pusta. Prace remontowe postępują wolno, jednak budynki stopniowo odzyskują dawną świetność i znów służą jako mieszkania, sklepy i restauracje. Atmosferę tych ulic porównuje się do Singapuru z lat 60. i 70. Jeśli ktoś interesuje się historyczną architekturą, w szczególności architekturą kolonialną Azji Południowo-Wschodniej, to lepszego miejsca do eksplorowania niż George Town nie mógł sobie wymarzyć.

Szczególnie godnymi uwagi budynkami są oszałamiający Municipal Council of Pulau Pinang Hall, czyli ratusz oraz liczne budynki sakralne. W George Town spotkamy świątynie wszystkich głównych religii świata. Ciekawą dzielnicą jest też wyróżniająca się spośród innych hinduska Little India, którą przeszłam wszerz i wzdłuż kilkanaście razy, bo tam właśnie znajdowały się moje ulubione restauracje Nasi Kandar (czyli misz-masz z ryżem i różnego rodzaju curry), sprzedające też najlepsze danie kuchni azjatyckiej, roti canai 🙂

George Town słynie także ze street artu. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, gdy władze Pengang uruchomiły studio Sculpture At Work, któremu zlecono stworzenie serii instalacji artystycznych dla udekorowania stolicy wyspy. Wykorzystując czarne stalowe rurki, studio przygotowało utrzymane w kreskówkowym stylu obrazy 3D. Obrazy te, z humorem ukazujące lokalne zwyczaje i dziedzictwo, chwyciły za serce zarówno lokalnych jak i przyjezdnych i do dziś możemy je podziwiać rozsiane po ulicach George Town. 

Prawdziwą gwiazdą miejscowego street artu został jednak litewski artysta Ernest Zacharevic. Z okazji zbliżającego się w 2012 roku George Town Festival zlecono mu wykonanie serii murali w centrum miasta. Wiele spośród jego prac oprócz malunku, zawiera przedmioty 3D takie jak huśtawki czy motor. Ogromnym hitem – a obecnie najważniejszym punktem wycieczek tysięcy turystów przybywających na Pengang stało się jego dzieło na Armenian Street, przedstawiające dziewczynkę i chłopca jadących na rowerze. (Główne zdjęcie tego wpisu). Przez cały dzień wokół murala ustawia się długa kolejka turystów pragnących zrobić sobie przy nim zdjęcia, powstały też dedykowane specjalnie temu dziełu stoiska z pamiątkami.

Zacharevic, określany teraz mianem „Azjatyckiego Banksy” był bardzo zaskoczony ogromnie entuzjastycznym odbiorem swoich prac. Jak sam mówi, gdy je tworzył, w Malezji nie było kultury sztuki ulicznej, a ludzie mieli do grafitti negatywny stosunek. Dziś na szczęście podejście diametralnie się zmieniło, w każdym hostelu otrzymamy mapkę George Town, a na niej zaznaczone najważniejsze ulicznymi dzieła sztuki ulicznej w mieście.

Czym jednak byłoby George Town bez jedzenia? W mieście znajdują się setki restauracji oferujących dania kuchni malezyjskiej, indyjskiej i chińskiej. Wieczorem na wielu ulicach pojawia się także street food. Jedzenia jest mnóstwo, jst różnorodne, tanie i obłędnie pyszne, a nasze brzuchy mają ograniczoną pojemność, także trzeba wybierać mądrze 🙂 Wypróbowaliśmy kilka miejsc, które miały wysoką ocenę na portalu Trip Advisor, m.in. indyjską restaurację wegetariańską Woodlands w dzielnicy Little India (Bhaji z papryczkami chili! Masala dosai!) również indyjską Sri Ananda Bahwan (Nasi Kandar, po którym czułam się jak trawiący wąż) czy szeroko chwaloną My Own Cafe (wegetariańska, malezyjska laksa – pycha – i latte o smaku duriana – no cóż, nie zostałam fanką duriana… :). Jedliśmy też w tańszych garkuchniach np. Restorant Tajuddin Hussain (obłędnie dobre roti canai!) lub na stoiskach ze street foodem (wegetariański popiah, mniam!) Generalnie, w George Town można łatwo spędzić kilka tygodni na samym tylko jedzeniu, umilając sobie może czas między posiłkami krótkimi spacerami 🙂

Ulubionymi motywami artystów są m.in. koty i ….Minionki 🙂

W George Town spędziliśmy tydzień, ale z łatwością mogłabym zostać tam jeszcze dłużej. Chcieliśmy jednak zobaczyć więcej wyspy Pengang! Na kolejne trzy tygodnie zamieszkaliśmy w Batu Ferringhi, biorąc udział w wolontariacie dla schroniska dla kotów, Cat Beach. O tym jak wyglądał wolontariat, jak wyglądało oglądanie meczy Mistrzostw Świata w piłce nożnej w lokalnej knajpce oraz czy warto odwiedzić najmniejszy Park Narodowy Penang – najmniejszy park narodowy świata – opowiem już w następnym wpisie 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: