Trzecia przygoda. Na Koniec Świata – Fiordland i Te Anau!

Od kiedy sięgam pamięcią fascynowały mnie miejsca odległe, bezkresne i puste. Stepy, tundra, tajga czy niedostępne łańcuchy górskie. Z dala od ludzi. Mieszkając w Europie, poza Skandynawią, o takie miejsca wyjątkowo trudno. W Polsce odległości między miejscowościami to zawsze najwyżej kilkanaście kilometrów. Chciałam więc zobaczyć północną Norwegię, Mongolię albo Kamczatkę… Ale poszłam na całego – wybrałam się na sam Koniec Świata.
Do nowozelandzkiego Fiordlandu! 🙂

 

Plan był prosty: spróbować dostać się jak najbliżej Te Anau – miejscowości położonej przy Parku Narodowym Fiordland, idealnej na bazę wypadową w górskie szlaki. Byliśmy jednak w Dunedin. Z Dunedin do Te Anau jest dokładnie 300 km. Drogę tą można łatwo pokonać w jeden dzień własnym samochodem. Ale autostopem? Szanse, że znajdziemy kogoś jadącego z Dunedin prosto do Te Anau były nikłe. Bo szczerze, to jednak prawdziwy Koniec Świata… Mało kto tam dociera, a po drodze jest wiele skrzyżowań i dróg prowadzących do innych miejscowości.

Poranek był słoneczny. Dla wzmocnienia entuzjazmu wypiliśmy pyszną kawę w lokalnej kawiarnii, po czym wsiedliśmy w podmiejski i dotarliśmy na wylotówkę z Dunedin. Łapanie stopa poszło niesamowicie gładko. Po około pieciu minutach zatrzymał się młody Facet z Queenstown. Wracał do domu, mógł więc nas podrzucić około sto kilometrów. Z trudem kleiliśmy rozmowę, bo jak się okazało, nie mieliśmy z nim dużo wspólnych tematów. On nigdy w życiu nie chodził po górach, a ja z Mikaelem nie znamy się na DJ-owaniu i winylach. Ale i tak było fajnie. Nie mogłam się napatrzeć na soczyście zielone, pagórkowate pastwiska pełne owiec.

Facet wysadził nas przy skrzyżowaniu na Queenstown. Następnie, po jakichś dziesięciu minutach (dzięki Bogu, bo nadciągały chmury) zatrzymała się Starsza Pani. Powiedziała, że nie chciała, abyśmy zmoknęli. Rozmowa była fascynująca, ponieważ jak się okazało, tak jak i ja, była zapalona podróżniczką. Odkąd jest na emeryturze, wraz z mężem często podróżują poprzez wymianę domów. Zamieszkują na kilka tygodni u kogoś w domu, a ten ktoś w tym samym czasie zamieszkuje ich nowozelandzki domek. W ten właśnie sposób odwiedzili już Prowansję i szykowali się do wyjazdu do Hiszpanii.

Starsza Pani zabrała nas do słynącego z połowu pstragów Gore. Myśleliśmy, że teraz będzie trudniej – droga mniej popularna, aut coraz mniej. Czekaliśmy jakieś piętnaście minut, po czym zatrzymał się Starszy Pan. Byliśmy mu wdzięczni, ponieważ zaczęło padać. Podrzucił nas jakieś dwadzieścia minut, do miejscowości w której mieszkał. Zawsze coś!

A tam znowu nie czekaliśmy długo. Po jakichś trzech minutach zatrzymała się Amerykanka. Powiedziała, że widziała nas wcześniej ale się nie zatrzymała, po czym dopadły ją wyrzuty sumienia. Więc teraz już musiała 🙂 Wspólna podróż minęła bardzo przyjemnie, Amerykanka również dużo podróżowała, a jej styl to opiekowanie się domami pod nieobecność właścicieli. Wacała właśnie z fermy z alpakami, którymi zajmowała się przez dwa miesiące (!) Amerykanka jechała do Manapouri ale była tak miła, że podrzuciła nas do Te Anau – mimo, że musiała nadrobić aż 40 km.

W ten oto sposob dystans 300 km pokonaliśmy w niecałe pięć godzin. Jak na autostop, imponujący wynik!

Gdy zjawiliśmy się w Te Anau, niezwykle z siebie dumni, wciąż było jasno! Musieliśmy tylko znaleźć miejsce na nocleg. Wybraliśmy Te Anau Lakeview Kiwi Holiday Park & Motels.

Dla każdego mają coś dobrego. Pokoje wieloosobowe. Mini-domki z podwójnym łóżkiem. Pokoje dwuosobowe. Pola namiotowe. Miejsce na camp vany. Pokoje rodzinne. Do tego trzy ogromne kuchnie i pokoje dzienne. Ponieważ zrobiliśmy sobie w Te Anau bazę na trzy tygodnie, nocowaliśmy niemal w każdej części kompleksu. Najbardziej polubiłam kuchnię w części zwanej Steamers Backpackers, bo miała na wyposażeniu prawie wszystko, co można by sobie zapragnąć (ups, poza mikserem i kieliszkami do wina). Najlepsze pokoje były jednak w najnowszej części (nie pamiętam nazwy), bo miały najwygodniejsze łóżka. Prysznice też tam były dobre, zupełnie jak w części z mini-domkami, której jednak nie polecam, bo kuchnię z kolei mają ubogo wyposażoną.

Co ciekawe mogliśmy sobie wybrać, gdzie chcemy nocować :P Wyglądało to tak, że rezerwowaliśmy przez aplikację Agoda najtańszy możliwy pokój (najczęściej w Steamers Backpackers, ale nie zawsze) – po czym szliśmy na recepcję i pytaliśmy, czy możemy zmienić na coś innego. Zgadzali się zawsze. Może też dlatego, że byliśmy tam jednak poza sezonem 🙂

W tym miejscu warto również dodać, że w wielu hostelach Nowej Zelandii taniej jest zarezerwować nocleg przez internet, niż na miejscu. Do tej pory zastanawiam się dlaczego, skoro hostel musi zapłacić internetowemu pośrednikowi jakiś, niemały czesto, procent. No cóż, w każdym razie moja rada jest taka, że nawet jeśli jesteśmy na miejscu przy recepcji, to i tak zawsze warto sprawdzić jak wyglądają ceny w internecie.

Te Anau to spokojne miasteczko położone nad ogromnym jeziorem. Gdy unieść głowę, z każdego punktu w mieście rozpościera się wspaniały widok na wierzchołki potężnych gór. Miejscowość jest nastawiona na turystykę. Nie brak tu sklepików z pamiątkami (w tym kilka z pamiątkami chińskimi), restauracji (wiele spośrod nich to restauracje chińskie), barów i kawiarnii (z chińskimi napisami ). Jak łatwo się domyślić, przyjeżdża tu wielu Azjatów, najczęściej w zorganizowanych, autokarowych wycieczkach. Jak na turystyczną miejscowość, Te Anau jest jednak wyjątkowo ciche i spokojne. Na pewno nie można powiedzieć, że przyjeżdżaja tu tłumy.

Jezioro Ta Ananu jest częścią Parku Narodowego.

Bardzo szybko w Te Ananu odnaleźliśmy swoje ulubione miejsca. Trzecie miejsce na liście naszych ulubionych miejsc zajmuje Te Anau Bird Sanctuary – czyli ptasie sanktuarium dla zagrożonych gatunków. Można w nim zobaczyć m.in. takahe, przypominającego błękitnego kurczaka nielota.

Takahe uznano za gatunek wymarły w 1898 roku. Ale dokładnie pięćdziesiąt lat później odkryto te ptaki ponownie – właśnie tutaj, nad jeziorem Te Anau. Mimo ogromnych wysiłków, odbudowanie populacji jest bardzo trudne. W 2016 roku liczyła ona zaledwie 306 ptaków.

Takahe / Fot. Wikipedia na licencji CC

Innym ciekawym gatunkiem jest kaka – przepiękna nowozelandzka papuga leśna o oliwkowo-brazowym upierzeniu. Generalnie papugi te najpierw się słyszy, a dopiero później widzi. 🙂 Uwielbiają różnego rodzaju zabawki (w sanktuarium przygotowuje się je m.in. z wytłaczanek po jajkach) i robienie psikusów innym ptakom (opiekunka opowiedziała, jak papugi te umyślnie zamykały mniejszych współlokatorów w pojemnikach z jedzeniem 🙂

Ciekawska kaka / Fot. Mikael

Bardzo spodobały mi się papużki kakariki – intensywnie zielone, z czerwonymi oczkami i policzkami. To również gatunek nowozelandzki. Żywo interesowały się wszystkim dookoła, zaczepiały odwiedzających i zamieniały w wióry przyniesione przez opiekunkę tekturowe pudełka 🙂

Kakariki / Fot. Wikipedia na licencji CC

Sanktuarium warto odwiedzić w porze karmienia. Wstęp, przez cały dzień, jest darmowy.

Naszym drugim ulubionym miejscem został park wokół jeziora Henry (tuż obok naszej bazy Lakeview Kiwi). Po pierwsze, park ten jest przepiękny. Mieliśmy szczęście podziwiać go w złocisto-czerwonej, jesiennej szacie. (Lato w zimie, jesień na wiosnę, zima w lecie – 2018 jest naprawdę wyjątkowy…:)) Po drugie, znajduje się w nim pole do disc golfa 🙂

Disc golf to mniej więcej to samo, co golf – tyle, że zamiast uderzenia kijem w piłkę rzuca się frisbee, a zamiast dołków są specjalnie zaprojektowane kosze. Lakeview Kiwi wypożycza frisbee za darmo, jeden dzień poświęciliśmy więc w zupełności na grę. Okazuje się, że disc golf to na południowej wyspie Nowej Zelandii całkiem poważna sprawa. Pola do gry znaleźliśmy jeszcze w Queenstown i w Wanace 🙂

Naszym ulubionym miejscem w Te Anau był supermarket Freshchoice. Jest to jedyny supermarket w miasteczku (jest jeszcze minimarket 4 Square, ale dużo droższy). Ponieważ przez cały pobyt w Nowej Zelandii sami sobie gotowaliśmy, we Freshchoice kupowaliśmy wszystkie, mniej (czekolada gorzka Lindt 90%) lub bardziej (mąka w półtorakilogramowym opakowaniu) niezbędne produkty. Najbardziej polubiłam rewelacyjne wino w dwulitrowym kartonie z kranikiem. Nigdy za to nie kupiliśmy awokado – 6.99 kiwi dolarów (ok. 17 zł) za sztukę to zdecydowana przesada! 🙁

We Freshchoice kupiliśmy też jedzenie, które zabraliśmy ze sobą na szlak Keplera. Bo jak się idzie w góry Fiordlandu, to wszystko trzeba nieść ze sobą. Nie ma sklepików, nie ma restauracji. Jest Freshchoice w Te Ananu – a potem, przez kilkadziesiąt kilometrów, nie ma już nic… 🙂

Fiordland: Na szlaku Keplera 🙂
Na Routeborne Track!
Najpopularniejsza część Fiordlandu – Milford Sound.
Co wzięliśmy ze sobą? Jak wyglada szlak Keplera? Gdzie spędziłam najbardziej magiczną noc w całej Nowej Zelandii? O tym w następnym wpisie! 🙂

Wszystkie fotografie, o ile nie podpisane inaczej, są autorstwa Mikaela. Blog Mikaela, gdzie znajdziesz więcej pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Przydatne linki:

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: