Druga przygoda. Steampunk, deszcz i róże. Dunedin!

Po słonecznym piatku nadeszła sobota. A wraz z nią – chmury, mgła i deszcz. Ale jako, że sobota to najlepszy dzień na rozpoczęcie nowej przygody, podjęliśmy się realizacji ambitnego planu dotarcia do Dunedin. Ambitnego, bo jesienne dni w Nowej Zelandii są wyjątkowo krótkie, a z Christchurch do Dunedin jest 360 km. Całą trasę chcieliśmy pokonać autostopem.

 

W tym celu z całym dobytkiem – nagle z ważącego 7 kg w Azji plecaka zrobiło się 13 kg 🙂 – wsiedliśmy w podmiejski autobus i dotarliśmy na wylotówkę, miejsce polecane w jednej z autostopowych aplikacji. Miałam trochę obaw, ostatni raz stopa łapałam, o ile się nie mylę, na Teneryfie w 2010 roku. Na szczęście nie mokliśmy długo. Po dwudziestu minutach zatrzymała się dobra dusza. Harald.

Harald jest Austriakiem, który w Nowej Zelandii przebywał w celach służbowych. Dzięki wykonywanej pracy zwiedził zresztą pół świata. Ma żonę Polkę – a więc pogadaliśmy sobie o pierogach, bigosie, polskich teściowych i Kaliszu 🙂 Całe pięć godzin jazdy spędziliśmy na wesołej rozmowie.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Oamaru – okrzyknięte najbardziej steampunkowym miastem świata. (Steampunk – rodzaj fantastyki, w której ludzie zamiast elektroniki, rozwinęli zaawansowaną mechanikę. Świat steampunku stylizowany jest na wiktoriańską Anglię. Zazwyczaj pełen jest sterowców, wyrafinowanych mechanizmów i maszyn napędzanych parą). W Oamaru można zobaczyć XIX-wieczne lokomotywy i pingwiny. Lokomotywę zobaczyliśmy, ale pingiwnów już nie. Było za to dużo lwów morskich 🙂

Just chilling! 🙂 / Fot. Mikael

Harald był tak miły, że mimo iż jechał do miejscowości położonej przed Dunedin, podrzucił nas do samego miasta. Razem odwiedziliśmy Baldwin Street – znaną jako najbardziej stroma ulica świata! Przysięgam, Karkonosze nie są tak strome jak ta ulica! Niektórzy przyjeżdżają do Dunedin tylko po to, aby spróbować na nią wjechać swoim autem. Harald nie spróbował, ale razem wdrapaliśmy się na samą górę. Potem z tej góry zbiegłam – nie było to bezpieczne, nie mogłam się zatrzymać póki ledwo łapiąc oddech nie znalazłam się na samym dole 🙂

Rozbieg skoczni narciarskiej? A nie, to tylko droga w Dunedin… 🙂 / Fot. Mikael

Potem Harald podrzucił nas do centrum Dunedin – na charakterystyczny, ośmiokątny plac. Stamtąd mieliśmy już blisko do naszego hostelu Hogwartz. Inspirowana Harrym Potterem urocza willa na wzgórzu jest jednym z moich ulubionych miejsc, w których zatrzymaliśmy się podczas pobytu w Nowej Zelandii 🙂 Przede wszystkim ze względu na wspaniale wyposażoną, nowoczesną i zadbaną kuchnię. A także ze względu na drewnianą atresolę z miękką sofą, gdzie można było spokojnie poczytać książkę i wypić nowozelandzkie wino 🙂

W niedzielę pogoda wcale nie była lepsza… Siąpiło przez cały dzień. Na szczęście w Dunedin można miło spędzić czas również podczas deszczu. Najpierw odwiedziliśmy miejscową galerię sztuki. (Wstęp bezpłatny). Galeria jest niewielka, ale bardzo ciekawa. Najbardziej spodobała mi się wystawa poświecona nowozelandzkiej artystce Marilynn Webb (w swojej twórczości często porusza temat ochrony środowiska), a także wystawa Freedom & Structure poświęcone kubizmowi.

Po południu poszliśmy do Otago Museum. Tam najpierw wypiliśmy porządną kawę (trzeba umieć określać swoje priorytety :)) a potem obejrzeliśmy część wystawy – niestety zamykają już o 17:00 i nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego. W tym muzeum można się dużo dowiedzieć o pierwszych ludach zamieszkujących tereny Nowej Zelandii, o Maorysach oraz o pierwszych osadnikach w Dunedin. Warto!

Następny dzień przywitał nas ciepełkiem i słońcem. Pogoda na zwiedzanie była wręcz idealna! Po śniadaniu – tym razem usmażyliśmy naleśniki z czekoladą i bananami (idealne ciasto naleśnikowe: 2 szklanki mąki, 2 szklanki mleka, 2 jajka, 1/5 szklanki oleju) wybraliśmy się powąchać róże. Tym razem za dnia. 🙂

Dom moich marzeń! / Fot. Mikael

Najpierw odwiedziliśmy niewielki Olveston Historic Home (Wstęp do ogrodów bezpłatny). Przy domku znajduje się szklarnia wypełniona różnokolorowymi kwiatami, m.in. bujnymi storczykami i cyklamenami. Następnie poszliśmy do miejskich Ogrodów Botanicznych. Zdecydowanie były to jedne z najpiękniejszych ogrodów, jakie do tej pory widziałam.

Dunedin może pochwalić się kolekcją paproci (paproć to narodowa roślina Nowej Zelandii), fantastycznym rosarium (większość róż pogubiła płatki, ale i tak je wąchaliśmy), małym lecz uroczym herbarium, pięknym ogrodem wodnym i położonym na wzgórzu ogrodem włoskim, z którego rozpościera się fantastyczny widok na panoramę miasta. Numerem jeden była jednak… kolekcja papug.

To właśnie w Dunedin po raz pierwszy zobaczyłam keę – jedyny na świecie gatunek papugi alpejskiej, zamieszkującej wysokie partie gór Nowej Zelandii, niestety, zagrożony wyginięciem. Inteligentna (uważana wraz z wronami za najinteligentniejsze gatunki ptaków), sprytna i bezczelna papuga od razu chwyciła mnie za serce. By też Sid – biały kakadu, który głośno wołał Hello! i nieustępliwie kopał w ziemi. Pradopodobnie robił podkop, próbując wydostać z woliery 🙂 Oraz wiele innych, barwnych gatunków papug – niektore z nich, żyją jedynie w Nowej Zelandii.

Nowa Zelandia to dom dla wielu gatunków papug. / Fot. Mikael
Czyż nie jestem piękna? 🙂 / Fot. Mikael
Woliery Ogrodu Botanicznego w Dunedin. / Fot. Mikael

Zanim zapadł zmrok, odwiedziliśmy również dzielnicę Dunedin słynącą z grafitti i murali. Wiele z nich nawiązuje do steampunku. Nic dziwnego – miasto rozwinęło się ogromnie w XIX wieku, a że niedotknięte wojną, zachowało swój przemysłowo – wiktoriański charakter po dziś dzień. Widać to w architekturze wspaniale odrestaurowanych budynków, np. browaru Speight’s czy przerobionych na biurowce halach produkcyjnych. Grafitti są tego doskonałym uzupełnieniem.

Klimatycznie! 😀 / Fot. Mikael
Fot. Mikael
100% steampunku! 🙂 / Fot. Mikael

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano. Musieliśmy bowiem dostać się na koniec świata. Gdzie dokładnie leży Koniec Świata? 300 km na południe od Dunedin.

Koniec Świata… Kraina zapierających dech w piersiach masywów górskich, fiordów i puszcz. Kraina tysięcy wodospadów, rzek i jezior. Kraina tęczy, papug i wrzosowisk. Park Narodowy Fiordland!

…Ale jak pokonać 300 km w jeden dzień autostopem, gdy Harald wrócił do Christchurch? 😛
 
Więcej przygód z Końca Świata już wkrótce. Polub mój Facebook Page, aby być na bieżąco! 🙂

Blog Mikaela, gdzie znajdziesz dużo pięknych podróżniczych fotografii: www.lostonpurpo.se

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: