Wolontariat w malezyjskim schronisku dla kotów – Cat Beach w Teluk Bahang

Stojąc na jakichś nowozelandzkich rozdrożach i łapiąc autostopa, zrobiłam sama ze sobą deal. Jeśli w ciągu kilkunastu minut zatrzymają się jacyś dobrzy ludzie i nas wezmą, po powrocie do Azji udam się na jakichś wolontariat, przekazać podarowane dobro dalej. W Nowej Zelandii podróżować na stopa jest niezwykle łatwo – nie minęło kilka minut, a już zatrzymał się ktoś o dobrym sercu. Mogłam zacząć szukać miejsca na wolontariat.

 

Znajdujące się na krańcu wyspy Penang, w niedużej rybackiej wiosce Teluk Bahang schronisko Cat Beach to miejsce wyjątkowe. Nazwa wzięła się stąd, że usytuowane jest tuż przy plaży a koty chętnie się tam wylegują. (Jest więc na Penang sławna Monkey Beach, bardziej kameralna Turtle Beach, jest też i Cat Beach 🙂 Schronisko to założyła Amerykanka, Teviot, jako odpowiedź na duży problem bezdomnych i niechcianych kotów na wyspie.

Plaża przy Cat Beach / Fot. Mikael

Obecnie w Cat Beach przebywa ok. 200 kotów. Kocięta oraz koty chore trzymane są w klatkach, natomiast zdrowe, dorosłe koty mogą swobodnie spacerować, przychodzić i odchodzić kiedy chcą. Pracownicy schroniska sprzatają klatki, gotują posiłki, dbają o to, aby koty miały stały dostęp do wody i suchej karmy, podają leki. Potrzeby schroniska są ogromne i niestety nie zawsze wystarcza na wszystko pieniędzy.

W Cat Beach schronienie znajdują koty w każdym wieku.

Teviot oraz wolontariuszka Kari, która na Cat Beach pracuje już blisko dwa lata, mieszkają w sąsiedniej miejscowości Batu Ferringhi. Wraz z nimi, w trzypokojowym mieszkaniu, mieszka dziewiętnaście kotów (w tym nowonarodzony miot). Oprócz ich własnych kotów, są to koty, które wymagają szczególnej opieki. Podczas mojego pobytu np. została im przywieziona kotka w ciąży, która została pogryziona przez psa do tego stopnia, że ma niedowład tylnich łap. Kocięta urodziła na drugi dzień po tym wydarzeniu, już u nich w mieszkaniu.

Pogryziona przez psa, dzielna kocia mama

W sąsiednim bloku, na ósmym piętrze – z pięknym widokiem na deszczowy las Teviot wynajmuje mieszkanie dla wolontariuszy. Oprócz mnie i Mikaela mieszkała tam Ukrainka Julia wraz z mężem i synem Spartacusem oraz Pakistanka Nebula. Na stałe w mieszkaniu rezydowały również dwa koty. Pierwszą z nich była Miau-Miau, kotka z uszkodzeniem mózgu i zaburzeniami równowagi zatrzasnęła się w jakiejś pułapce na szczury i utknęła na wiele godzin wystawiona na silne promieniowanie słoneczne. Drugim kotem był Tata, kot który ucierpiał na wskutek innej ludzkiej głupoty – bezmyślnego puszczania fajerwerków, Tata nie ma oka i nie jest w stanie kontrolować gdzie się załatwia, więc albo musi chodzić w pieluchach, albo trzeba za nim biegać ze szmatką i wszystko wycierać.

Widok z mieszkania na przepiękny las deszczowy.

Na początku mieszkał z nami również George, kociak znaleziony na ulicach George Town. Pierwsze co zrobił, gdy go poznałam – tzn. weszłam do mieszkania i swojego pokoju – to wskoczył na moje łóżko i zsikał mi się prosto na poduszkę 😉 Szybko mu jednak wybaczyłam bo był przekochany, mimo – a może właśnie dzięki – swojej nadpobudliwości i charakterku. Nigdy wcześniej nie poznałam tak energicznego kota. Cały czas biegał, bez ustanku zaczepiał inne koty, a jak raz go wystawiłam za drzwi pokoju bo już przesadzał z atakowaniem ogona biednej Miau-Miau, to autentycznie się na mnie obraził. Na szczęście chwycił za serca nie tylko nas znalazł dom.

Kochany George! / Fot. Mikael

Oprócz stałych mieszkańców, Teviot przyniosła nam trójkę kociąt która nie mieściła się już u nich w mieszkaniu, które nazwałam Berry, Brownie i Tiramisu, ale o nich później.

Teviot i Kari powitały nas bardzo serdecznie. Zadeklarowaliśmy, że możemy zostać tydzień (finalnie zostaliśmy pełne trzy tygodnie). Naszym głównym obowiązkiem była opieka nad kociętami. Każdego dnia przez kilka godzin czyściliśmy im oczka i uszka oraz usuwaliśmy pchły. Niestety niektóre z nich miały ich naprawdę sporo. Przekonałam się, że nic tak nie działa na pchły jak olej kokosowy.

Opieka nad kociętami polegała m.in. o dbaniu o ich higienę / Fot. Mikael
Wiele kociąt nie ma swojej mamy. / Fot. Mikael
Czy te oczy mogą kłamać? Czy ja mógłbym serce złamać?

Poza tym pomagaliśmy w wielu innych czynnościach, jak np. zakupy w supermarkecie – ogromnych ilości karmy i środków czyszczących – wyjazdach do weterynarza, sprzątaniu klatek, doglądaniu chorych kotów. Zbudowaliśmy też nowe znaki kierujące do Cat Beach bo stare ktoś ukradł i pomogliśmy w organizowanej przez Teviot na rzecz schroniska wyprzedaży książek i zabawek.

Piękna mama, która opiekowała się każdym osieroconym kociakiem.
Mr. Fluffy 🙂
Największe kocie oczy, jakie widziałam 🙂
Wygodnie! 🙂

Praca w Cat Beach tak nas wciągnęła, że przez pierwsze dwa tygodnie w zasadzie nie robiliśmy nic innego – Teluk Bahang znajduje się tuż przy Penang National Park, najmniejszym parku narodowym świata, a i w Batu Ferringhi jest piękna plaża – nigdy jednak nie spędziłam na niej więcej niż piętnastu minut podziwiając zachód słońca. Zakolegowaliśmy się za to z wieloma miejscowymi pracownikami sklepików i restauracji. Trwały właśnie Mistrzostwa Świata w piłce nożnej i mimo że żadna z drużyn którym kibicowałam nie zrobiła na nich szału (Islandia, Polska i Szwecja) to było bardzo fajnie oglądać i ekscytować się tymi meczami razem z chłopakami z miejscowej restauracyjki Pak Mid Cafe 🙂

Praca dla Cat Beach nie była łatwa z kilku względów. Pierwszym, takim najbardziej przyziemnym, były trudne do zniesienia upały. Cat Beach to schronisko sklecone po kosztach z desek na plaży, finansowo wiecznie na minusie. Nie ma mowy o klimatyzacji. Są wentylatory – część z nich już nieźle oblepiona rdzą, część wykrzywiona, część już w ogóle nie działa – te najbardziej zdatne do użytku są włączone w pomieszczeniach dla kociąt i dla chorych kotów. W części ogólnej jednak panowały temperatury nieznośne do wytrzymania. Pracownicy potrzebowali przerwy, a wolnobiegające koty chowały się w najbardziej zacienione miejsca, jakie dały radę znaleźć.

Po drugie, Cat Beach jest miejscem brudnym. Jeśli chodzi o czystość klatek i misek – to tutaj nie można się do niczego przyczepić, panuje czystość wzorowa. Pracownicy każdego dnia kilkukrotnie myją również wszystkie podłogi oraz wymieniają okrycia na kanapy, na których wylegują się koty. Ale jeśli ma się pod opieką jakieś dwieście kotów, do dyspozycji prowizoryczny budynek, brak środków na jego rozbudowę i tylko kilka par rąk do pomocy, to nie ma co oczekiwać cudów. Jest to kwestia priorytetów – pieniędzy wystarcza na zakup jedzenia, środków czystości i leków, wizyty u weterynarzy oraz opłacenie pracowników (choć otrzymują oni tak mało wynagrodzenie, że równie dobrze można by ich nazwać wolontariuszami) – ale na rozbudowę lub też sensowną przebudowę schroniska, pieniędzy już nie ma.

Każdy kot powinien mieć swojego człowieka.

To wszystko jednak to szczegóły. Najgorsze było dla mnie to, że koty – w szczególności kocięta – codziennie umierały. Niektóre z nich przyjeżdżały już chore do Cat Beach. Niektóre jednego dnia wyglądały na zupełnie zdrowe, by następnego nie móc być w stanie się poruszyć. Wiele kotów cierpiało na koci katar, na wykańczającą je biegunkę. Cat Beach nie ma wystarczająco pieniędzy, aby zatrudnić swojego weterynarza. Nie stać ich również na to, by do weterynarza jeździć z każdym przypadkiem – mimo to, Kari przynajmniej trzy – cztery razy w tygodniu brała po kilka kotów na wizyty. Część z nich udawało się wyleczyć, niestety wiele umierało. Część zapewne można by uratować gdyby reagowano natychmiastowo. Ale pieniądze są jednak kwestią którą czasem ciężko przeskoczyć. Teviot i Kari często muszą sobie powtarzać, że robią wszystko, co mogą na resztę nie mają wpływu.

Każdego dnia gdy wchodziliśmy po schodach na górę do pomieszczenia z kociętami ściskało mnie za gardło, bałam się sprawdzić które kocięta widziałam wczoraj po raz ostatni. Najgorsze były dla mnie dwie sytuacje.

Pierwszą z nich była sytuacja gdy umierało małe kociątko. Było całe czarne, wychudzone (prawdopodobnie najmniejsze z miotu) i bardzo kruche. Gdy wzięłam je na ręce było bardzo zimne. Ruszało tylko oczkami, nie miało już nawet siły, aby unieść głowę. Natychmiast zrobiłam mu termofor aby choć trochę je ogrzać, po czym owinęłam je z tym termoforem w biały, czysty ręcznik. Wyszłam z nim nawet na zewnątrz, aby zobaczyło morze i świat, bo prawdopodobnie całe swoje krótkie życie spędziło w klatce. Kociątko umarło na moich rękach jakieś dwie godziny później. Pociesza mnie jedynie myśl, że gdy umierało miało ciepło i było czyste.

Drugą sytuacją była ta w której do schroniska przybył miot czterch kilkutygodniowych kociaków. Były w tragicznym stanie: pełne pasożytów, z biegunką, wychudzonych – i od początku dawano im niewielkie szanse na przeżycie. Przez kilka dni jednak dzielnie walczyły, a my razem z nimi, czyszcząc je, karmiąc, podając leki i tuląc. Niestety po kilku dni sprawy przybrały tragiczny obrót. Umarł pierwszy z kotków – ku mojemu zaskoczeniu ten, który wyglądał na najsilniejszego. Następnego dnia straciliśmy kolejne dwa. Pozostał jeden. Serce mi się krajało bo widać było, że bardzo cierpi. Gdy nas widział, podchodził do drzwiczek klatki bardzo wolno na chwiejnych łapkach i bezgłośnie miauczał.

Gdy przybyliśmy do schroniska kolejnego poranka, z przerażaniem odkryliśmy że mały rudy kociak był tak słaby, że nie mógł się ruszać. Akurat podano im śniadanie. Jakimś ostatkiem sił podszedł do miseczki, zaczął jeść – jednak po kilku kęsach stracił resztkę sił i runął do miski. Byłam sparaliżowana. Mikael wziął go na ręce, ja znalazłam ręcznik, oczyściłam go z brudu i ciepło owinęłam. Umarł po jakichś trzech godzinach.

Wszystkie te historie bardzo mnie psychicznie obciążały. Staraliśmy się jednak pracować jak najlepiej. Koniec końców wiedzieliśmy, że pod wieczór wrócimy do mieszkania, a tam czekać na nas będą Berry, Brownie i Tiramisu. Kociaki te były najfajniejszymi kociakami z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Nie ważne jak zmęczeni i sfrustrowani byliśmy, one potrafiły poprawić nam humor w kilka sekund. Tiramisu był nieśmiały i uczuciowy, Brownie odważny i waleczny – jako jedyny stawiał opór George’owi – a Berry po prostu słodka i przytulaśna. Mimo, że mieszkaliśmy z nimi tylko dwa tygodnie ciężko nam było na myśl, że będziemy mieli się z nimi rozstać. Niestety, to one pożegnały nas pierwszych.

Pewnego dnia zauważyliśmy, że zachowują się inaczej niż zwyczajnie. Cała trójka była podejrzanie spokojna, a Tiramisu zaczął płaczliwie miauczeć. Zaalarmowaliśmy Teviot, która powiedziała, że mają one pasożyty i podała im leki. Przez dwa kolejne dni sytuacja się nie poprawiła. Kociaki siedziały osowiałe wieczorem zauważyliśmy, że schudły. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. Rano wraz z Kari zabrałam Berry do weterynarza. Okazało się, że Berry musi zostać w szpitalu. Po raz ostatni widziałam ją osłabioną, leżącą na ręce asystenta weterynarza, z podłączoną kroplówką. Następnego dnia rana dostaliśmy wiadomość, że Berry nie przeżyła nocy.

Przed wizytą u weterynarza Teviot wzięła Brownie i Tiramisu do siebie na dół. Najpierw dowiedzieliśmy się, że Berry nie żyje, a potem zobaczyliśmy Brownie i Tiramisu. W ogóle nie przypominali siebie. Tiramisu odszedł tego samego dnia, a Brownie następnego. Teviot powiedziała, że wszystkie trzy wychowały się bez matki i były karmione z butelki, przez co miały bardzo słabą odporność i to prawdopodobnie przez jej brak gdy zachorowały, ich organizmy nie dały rady się obronić. Teviot zna się na kotach o wiele bardziej niż ja, dla mnie w sumie nieważny był powód, liczyło się tylko to, że nasze koty umarły.

Berry uwielbiała się chować między plecakami.
Lubiła też wskoczyć na łóżko i po prostu się przytulić.
Od lewej: Berry, Brownie i Tiramisu

Niestety, historii z szczęśliwym zakończeniem jest o wiele mniej. W czasie gdy byliśmy w Cat Beach, adoptowanych zostało ledwie kilka kotów. Jednym ze szczęściarzy był Enzo, kociak który z powodu infekcji stracił wzrok w jednym oku, a drugie oko również było zagrożone. Na szczęście nowa właścicielka, Penny, zabrała go do specjalisty i podjęła walkę o uratowanie oka.

Enzo. On znalazł nowy kochany dom.

Ludzie na Pengang niezbyt chętnie adpotują koty, nie chcą też ich sterylizować – a odkąd dowiedzieli się o funkcjonującym schronisku, pozbywają się niechcianych miotów po prostu przynosząc je na Cat Beach. Mam nadzieję że w przyszłości ta sytuacja się zmieni.

W następnym wpisie opiszę samo Batu Ferringhi, Teluk Bahang i Penang National Park – czy odwiedzając George Town, warto wybrać się również do nich? Byłam tak zajęta kotami, że nie zrobiłam wiele zdjęć, poza zdjęciami kotów… Ale zrobiłam zdjęcia żółwi. Będą więc żółwie 😉

strona www Cat Beach: www.catbeachpenang.com

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: