Rejs pomiędzy tysiącami skalistych wysepek Cat Ba i Ha Long Bay! Czy warto?

Położona na wschód od Hanoi zatoka Ha Long Bay to z całą pewnością jedno z najpopularniejszych wśród turystów odwiedzających Wietnam miejsc. Tysiące skalistych wysepek, pływające wioski rybackie, szare morze pod szarym niebem, atmosfera tajemniczości. Tak to wygląda w wyobrażeniach. A jak jest naprawdę? Zapraszam na rejs!

Ale żeby wybrać się w ten rejs, najpierw musiałam wydostać się z Hanoi. Planowałam dotrzeć na wyspę Cat Ba. Cat Ba jest bowiem tańsza, jeśli chodzi o noclegi od miasta Ha Long, a organizowane z niej rejsy i tak o Zatokę Ha Long zahaczają. Zrobić to mogłam na kilka sposobów.

Jak się okazuje, w tym przypadku warto pójść na łatwiznę i po prostu zarezerwować wycieczkę w hotelu, w którym się zatrzymujecie – albo w którejś z agencji turystycznych usytuowanych w Starej Dzielnicy (Old Quarter). Cenowo wychodzi praktycznie to samo, co gdy kupujemy bilety na pociąg/autobus i prom osobno. Przeczytałam taką radę w internecie już wcześniej, ale postanowiłam przekonać się na samej sobie. Dlatego na Cat Ba dostałam się na własną rękę, pociągiem do Haiphong a następnie promem do samego Cat Ba Town. A wróciłam wygodnie zabukowanym przez hostel autobusem. Cenowo – wyszło taniej przez pośrednika 🙂

Prom z Haiphong na Cat Ba wygląda z pewnością egzotycznie, ale niespektakularnie 🙂

Pierwsze wrażenie wyspy Cat Ba było dla mnie przygnębiające. Może przez tę szarość – w ciągu kilkudniowego pobytu słońca nie uświadczyłam w ogóle. Może dlatego, że generalnie wolę góry niż morze. Może dlatego, że nie znalazłam żadnego dobrego jedzenia, a jak poprosiłam o kawę, to dostałam najwstrętniejszy instant cukier (o kawie z koglem-moglem mogłam pomarzyć). A może też dlatego, że samo miasteczko Cat Ba wydało mi się zwyczajnie brzydkie.

Widać, że jest to miejscowość która dzięki błyskawicznie rozwijającej się turystyki, za kilka lat wyglądać będzie zupełnie inaczej. Na razie jest to jeden wielki plac budowy. Składa się praktycznie z samych hosteli, restauracji i biur turystycznych oferujących rejsy oraz wycieczki do parku narodowego.

Nienajgorszy widok z okna pokoju w hostelu.

Po ulokowaniu się w hostelu (tu akurat zachwyciłam się stosunkiem ceny do jakości niczym w polskiej Biedronce 🙂 postanowiłam zrobić sobie spacer po wybrzeżu. Był to spacer bardzo przyjemny. Droga była niemal pusta. Maleńkie rybackie łódeczki bujały się na wzburzonym, szarym morzu. Chłodny wiatr owiewał mokre skały i położone w pobliżu, otulone mgłą wysepki. Wyobraziłam sobie, że jest to kraina piratów! I tylko patrzeć, jak zza mgły wychyli się łajba pod piracką banderą w poszukiwaniu zakopanego na Cat Ba skarbu! Tylko, co miałoby być tym skarbem? Saszetki z kawą instant?

Niestety. Nie spotkałam tu żadnych piratów. Najwyraźniej ciepłe wody Karaibów i rum brzmią dla nich lepiej niż bura Cat Ba i wino ryżowe.

Kolejnego dnia wybrałam się na kilkunastokilometrowy spacer drogą na zachód wyspy. Był to najnudniejszy spacer, jaki zrobiłam podczas tej wyprawy do tej pory . W skalistym, mokrym, burym poboczu asfaltowej drogi nie znalazłam nic ciekawego ani intrygującego (droga nie wiedzie wzdłuż morza). Na dodatek miałam zły humor, bo na lokalnym targu kupiłam na śniadanie wyjątkowo drogą kiść bananów (nie umiem się targować, to fakt). Zarezerwowałam rejs po zatoce Cat Ba i Ha Long Bay na następny dzień. Całodniowy rejs wraz z lunchem na pokładzie kosztował niewiele więcej niż dwie butelki mojego ulubionego szwedzkiego cydru, Rekordelig w londyńskiej knajpie – uznałam, że to dobry deal 🙂

Łódka, na której odbywał się rejs, była całkiem spora. Nasza ekipa liczyła dziesięć osób plus załogę. Szybko zauważyłam, że jesteśmy raczej wyjątkowi – na innych łódkach (a było ich sporo) naliczyłam zdecydowanie więcej osób, nawet po trzydzieści.

Plan rejsu dla wszystkich jest taki sam lub bardzo podobny (mijaliśmy się z tymi samymi łódkami na każdym kroku) i zawiera: odwiedzenie pływających wiosek rybackich, kajaki, lunch, snorkeling i wizytę na wyspie z małpkami. Oraz oczywiście podziwianie piękna Cat Ba i Ha Long Bay.

Jeśli chodzi o pływające wioski rybackie, zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Nie wyobrażam sobie, abym mogła tam zamieszkać choćby na tydzień – musiałabym zapomnieć o spacerach dłuższych niż kilka kroków! Przestrzeń jest tak mała, że pewnie nie ma też szans aby rozłożyć tam choćby matę do jogi. Ale przynajmniej jest telewizja. Zapewne skończyłabym oglądając całe dnie Discovery Channel.

Kajaki również były ciekawą atrakcją. Mieliśmy ok. godziny na to, aby popływać sobie wokół małej zatoczki z pięknymi skałami wapiennymi i jaskiniami. Niestety za partnera dostał mi się jakiś gburowaty Anglik, który koniecznie chciał porozmawiać o polityce, a interesowała go przede wszystkim kwestia Polaków w Wielkiej Brytanii oraz mojej opinii Brexicie.

Najbardziej ze wszystkiego podobał mi się lunch. Był to jedyny posiłek podczas pobytu na Cat Ba, podczas którego nie chciało mi się płakać nad własnym talerzem. Jedzenie było pyszne, było wegetariańskie i było go dużo. Podano nawet kawę instant! 🙂

Nie skorzystałam z możliwości snorkelingu – podobnie jak niemal wszyscy z mojej łódki – nie lubię pływać w zimnej wodzie. Zamiast tego ucięłam sobie drzemkę. I nawet byłabym zadowolona, gdyby nie to, że po jakichś dziesięciu minutach przypłynęła inna łódka. Bardziej imprezowa. Puszczali na cały regulator hit zeszłorocznych wakacji, Despacito. Nasz kapitan postanowił nie byl gorszy i zapodał jakieś tanie disco. To był koniec mojej drzemki.

Wyspa z małpkami (po prostu Monkey Island) była super – nie ze względu na małpy, ktorych się boję i do których nigdy nie podchodzę – ale ze względu na ciekawy i dość trudny punkt widokowy. Trasa na wierzchołek jest bardzo krótka, ale można się na niej trochę pobawić w bouldering. A widok z góry – przepiękny!

Po wyspie z małpkami, ok. godz. 17:00 wróciliśmy do miasteczka, a ja zarezerowałam bilet na powrót autobusem do Hanoi.

Odpowiadając na pytanie z tytułu: Czy warto?

Jeśli chodzi o same otoczenie, wyspy i morze – tak, jest pięknie. (Choć może np. w Tajlandii na Krabi wyspy są bardzo podobne, a pogoda zdecydowanie lepsza).

To co mi się nie podoba, to masowa turystyka. Na Ha Long Bay przybrała ona monstrualne rozmiary. Na Cat Ba – wszystko idzie w dokładnie tym samym kierunku. Najgorsza było Despacito. Przecież gdy ktoś wybiera się w taki rejs, chce się cieszyć naturą, spokojem i klimatem takiego miejsca, prawda? A może się mylę i ludzie chcą tylko pić piwo i słuchać Despacito?

Nie mniej, 12 dolarów za całodniowy rejs to dobra cena, nawet jeśli zawiera słuchanie Despacito.

Jeśli ktoś nie jest ograniczony czasowo, to myślę, że na Cat Ba warto sie wybrać – przynajmniej, dopóki turystyka masowa całkowicie jej nie zepsuje. Jeśli natomiast ktoś ma na Wietnam tylko dwa lub trzy tygodnie – niech wybiera mądrze i jedzie do Ha Giang i Ninh Binh 🙂

Jeszcze tego samego dnia po powrocie z Cat Ba, kupiłam w Hanoi bilet na pociag do Nha Trang. 1250 kilometrów, 26 godzin podróży, niesamowita przygoda – choć co prawda w cenie podobnej do ceny biletu lotniczego (zdecydowanie więcej niż dwa Rekordeligi 🙂 Dlaczego w takim razie zdecydowałam się na pociąg? Jak mi się podobało? Czy jedzenie w pociągu było lepsze niż na Cat Ba? O tym już w kolejnym wpisie! Polub mój Facebook Page, aby być na bieżąco! 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: