Mieszkam w Batu Ferringhi i pracuję w Teluk Bahang!

Na czwartej największej pod względem powierzchni wyspy Malezji, Penang, nie można się nudzić – spędzając tam nawet cały miesiąc. Najpierw na niemal tydzień zatrzymaliśmy się w George Town. Potem przez trzy tygodnie mieszkaliśmy w położonej na północnej części wyspy miejscowości Batu Ferringhi, skąd każdego dnia dojeżdżaliśmy do Teluk Bahang. W tej niewielkiej wiosce mieści się Cat Beach: kocie schronisko, w którym pracowaliśmy w ramach wolontariatu. Stamtąd zaś można pieszo dotrzeć do Penang National Park – najmniejszego parku narodowego na świecie!

 

Większość turystów przybywających na Penang zatrzymuje się w George Town i ewentualnie stamtąd robi jednodniowe wycieczki w inne zakątki wyspy. Transport publiczny na Penang działa właściwie bez zarzutu – autobusów jest dużo, są nowoczesne i klimatyzowane, a bilety jednorazowe w całkiem znośnych cenach. Ale jednak warto pomieszkać kilka dni w którejś z mniejszych miejscowości, aby poczuć bardziej lokalny klimat wyspy.

My zamieszkaliśmy w Batu Ferringhi z tego względu, że dostaliśmy nocleg w mieszkaniu dla wolontariuszy Cat Beach od Teviot. Mieszkanie było wygodnie usytuowane na ósmym piętrze – z jednej strony, z okna salonu, mieliśmy widok na zielone lasy deszczowe. Z drugiej, jakieś 5 min spacerkiem, znajdowała się długa plaża – na którą chodziłam podziwiać spektakularne zachody słońca.

Aby oddać sprawiedliwość dodam, że plaże Penang nie należą do najpiękniejszych (choć tamtejsze zachody słońca już tak!) Ta w Batu Ferringhi jest przeciętna. Zawsze spoko gdy człowiek chce zwyczajnie ochłodzić się w morskich falach, ale nigdy nie zachwycająca. Ta najpopularniejsza – Monkey Beach w Parku Narodowym – moim zdaniem całkiem zapuszczona. Najładniejsza jest Turtle Beach, ale gdy na niej byłam, ze względu na groźne meduzy, nie można się było przy niej w ogóle kąpać (a kąpiel stanowiła jedyną sensowną nagrodę po półtoragodzinnym spacerze dżunglą w upale i duchocie, aby tam dotrzeć). Jeśli więc komuś marzą się przepiękne plaże, powinien pojechać gdzie indziej 🙂 Na przykład na plażę z białym, drobnym piaseczkiem na wyspie Koh Rong Sanloem albo z piękną rafą koralową na Perenthian Islands.

Mieszkanie w Batu Ferringhi miało jeszcze jedną zaletę miało basen i było to jedyne miejsce w Penang, gdzie kąpałam się do woli i bez obawy o swoje zdrowie 🙂 Poza tym w bliskiej odległości znajdowało się kilka dobrych restauracji – jakby nie patrzeć, opinia o tym, że na Penang przyjeżdża się głównie dla jedzenia, została podtrzymana 🙂 Do moich ulubionych należała jedna z droższych w okolicy Enca Cafe, gdzie za 11 ringgitów (ok. 11 zł, szaleństwo, nie chodziliśmy tam codziennie :) objadałam się najpyszniejszymi potrawami kuchni indyjskiej, oraz Pak Mid Cafe, gdzie chodziliśmy jeść oraz na dużym ekranie ogladać mecze mistrzostw świata w piłce nożnej. Lokalni mieszkańcy po kilku dniach nas kojarzyli i pozdrawiali, gdziekolwiek się nie wybieraliśmy.

Do Teluk Bahang dociera każdy, kto chce odwiedzić Park Narodowy – to tu znajduje się ostatni przystanek autobusowy na trasie do parku. Nazwa Teluk Bahang oznacza „Zatoka Gorąca” – nazwa jest, muszę przyznać, ze wszech miar trafna. Dawniej była to maleńka osada rybacka. Dziś wioska jest dość spora, posiada liczne atrakcje turystyczne, lecz mimo to tutejsze życie wciąż toczy się całkiem leniwie. Miałam przyjemność poza Cat Beach odwiedzić tutejsze restauracyjki (Restoran Khaleel ma najlepsze i najtańsze roti na całej wyspie!) lokalny sklep budowlany oraz uczestniczyć w warsztatach tworzenia toreb z folii po śmieciach, których sprzedaż zasila budżet lokalnych mieszkańców.

W okolicy Batu Ferrnighi oraz Teluk Bahang znajduje się wiele popularnych atrakcji turystycznych, tak jak np. Tropical Spice Garden, w którym oprócz podziwiania upraw można pójść na lekcje gotowania, albo Entopia Butterfly Farm, czyli miejsce w którym można obserwować różne gatunki motyli. Jednak z uwagi na to, że zajęci byliśmy wolontariatem z kotami w Cat Beach, nie znaleźliśmy czasu ani wystarczających chęci, by te miejsca odwiedzić. Udało nam się natomiast kilkukrotnie odwiedzić Penang National Park.

Plaża Turtle Beach

Słynie on z tego, że jest najmniejszym parkiem narodowym na świecie. Jest mały, to fakt – ale jednak nie mikroskopijny. Dla porównania największy park królewski Hyde Park w Londynie ma 142 ha, natomiast Penang National Park – 1213 ha. Wstęp do Parku jest bezpłatny, należy jedynie wpisać się do listy gości i pobrać bilet. Większość turystów udaje się na plażę Monkey Beach w mojej opinii nie jest ona warta większej uwagi. Plaża jest brudna i nieciekawa.

Dużo bardziej zainteresowała mnie plaża Turtle Beach – dostać się można do niej na dwa sposoby: wynajętą łódką lub ścieżką przez park. Drugi sposób zajmuje około półtora godziny i potrafi dać w kość ze względu na panujące w dżungli temperatury i duchotę. Na szczęście dla ochłody mieliśmy kupione w Teluk Bahang rambutany (5 zł za ogromny pęk). Ponieważ trudniej dostępna, plaża jest praktycznie pusta. Niestety nie można się na niej kąpać – o zakazie informują ogromne tablice z wizerunkiem śmiercionośnych meduz. Główną atrakcją mogłyby więc być żółwie, od których to plaża wzięła nazwę. W pobliżu znajduje się bowiem sanktuarium dla żółwi – wstęp jest darmowy, ale miejsce to nie zrobiło na mnie pozytywnego wrażenia ze względu na warunki, w jakich przetrzymywane są żółwie. Pływają one w niewielkich wanienkach, nie mając ani kamyczków, ani roślin, ani żadnych innych atrakcji. W księdze pamiątkowej zostawiłam niezbyt pochlebny wpis :)

Pewnego dnia natomiast wybraliśmy się z Julią, jej mężem oraz synkiem na piknik na baseny w Parku Narodowym. Baseny te są w gruncie rzeczy większymi, murowanymi oczkami wodnymi 🙂 Woda w nich nie jest najczystsza, ale za to kąpiel bardzo orzeźwiająca. Obok są murowane stoły, miejsce na grilla i zlewy (działające!) więc z prawdziwą przyjemnością upichciliśmy tam sobie jedzenie, które kupiliśmy w wielkim Tesco pod George Town 🙂

Miesiąc spędzony na Penang nie był jakoś wybitnie spektakularny nie miałam tu wspaniałych widoków rodem z Nowej Zelandii czy plaży z śnieżnobiałym piaskiem jak w Kambodży. Były nieznośne upały, były śmieci, był smutek nad kotami z Cat Beach, które umierały. Były też oczywiście plusy: obłędnie dobre jedzenie i przyjaźnie nastawieni mieszkańcy. A więc tak jak w normalnym życiu, trochę radości, trochę smutku. Z zadowoleniem odkryłam, że coraz lepiej idzie mi odnajdywanie szczęścia w zwyczajnej codzienności… 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: