30 stopni, 20 km, 1 para klapek – czyli przygody Leny w Bangkoku

To była moja druga wizyta w Bangkoku. Pierwsza odbyła się w 2014 roku. Szczerze mówiąc, stolica Tajlandii niezbyt przypadła mi wtedy do gustu. Zapamiętałam ją jako miasto niezwykle zatłoczone, hałaśliwe, zanieczyszczone i zwyczajnie brzydkie. Ponieważ jednak Bangkok świetnie nadawał się na przystanek pomiędzy Koh Chang a Ayutthayą, postanowiłam dać nam szansę na miłość od drugiego wejrzenia 🙂

 

Do Bangkoku przyjechałam bezpośrednim autobusem z Koh Chang (6 godzin jazdy, koszt: 550 bht, ok. 58 zł), docierając na miejsce wczesnym wieczorem. Wymęczona całodniową przeprawą, w pierwszej kolejności odszukałam swoj hostel – dogodnie usytuowany tuż obok Pomnika Demokracji (The Democracy Monument) The Printing House Poshtel to miejsce które mogę z ręką na sercu polecić wszystkim podróżnikom. Miejsce ma pięknie urządzone lobby z kawiarnią (śniadania oraz ciasteczka i kawa 24h/na dobę w cenie noclegu), piękny bar na najwyższym piętrze budynku z widokiem na panoramę miasta, czyste pokoje i przemiłą obsługę. (Nocleg za 332 bht, ok. 35 zł). Rozpakowałam się, wzięłam prysznic i wyszłam na miasto coś zjeść.

Khao San Road

Tym czymś okazał się pad thai na ukochanej przez turystów Khao San Road. Co by nie mówić, to był naprawdę dobry pad thai w naprawdę dobrej cenie (30 bht – ok. 3.20 zł) Khao San składa się w równych proporcjach ze stoisk z jedzeniem, barów oraz salonów masażu. Jest głośno, wesoło a po pewnej godzinie zapewne też całkiem pijanie. Jako, że byłam zmęczona, nie zabawiłam tam jednak dlużej i po przemierzeniu ulicy tam i z powrotem, wróciłam do hostelu.

Bangkok postanowiłam zwiedzić zgodnie z moimi dwoma ulubionymi przykazaniami, przetestowanymi m.in. w Atenach:

1. Im wyżej, tym lepiej

2. Przejść tyle, ile się da

Wat Saket Temple Mountain

Jeśli chodzi o to „Im wyżej, tym lepiej” to Bangkok jest niemal płaski jak naleśnik. (W sumie być jak naleśnik, moje ulubione jedzenie, powinno brzmieć jak komplement 🙂 Na szczęście jest kilka miejsc, z ktorych można podziwiać miasto z góry. Pierwszym z nich jest Wat Saket Temple Mountain, czyli położona na niewielkiej, sztucznie usypanej górce świątynia buddyjska. Należy pamiętać o skromnym ubraniu (kobietki koniecznie koszulkę z rękawkiem – ramiączka niedozwolone – oraz luźne spodnie; legginsy jak i szorty odpadają).

Widok na panoramę Bangkoku jest tu naprawdę fantastyczny!

Sky Bar na State Tower

Drugim takim miejscem jest Sky Bar. To najwyżej położony na świeżym powietrzu bar na świecie! (64 piętro budynku State Tower, drugiego najwyższego budynku Tajlandii). Sky Bar odwiedziłam w 2014 roku. Rozpościerająca się stamtąd panorama Bangkoku nocą zrobiła na mnie piorunujące wrażenie! W lokalu obowiązuje dress code dlatego zalecam założenie czegoś bardziej eleganckiego niż szorty i trampki, aczkolwiek nie ma też co przesadzać. Z tego co pamiętam wjazd do baru był bezpłatny, o ile na miejscu kupiło się jakiś napój, tak więc podczas delektowania się widokiem wspaniale oświetlongo miasta popijaliśmy drinki Hangover – na pamiątkę filmu Hangover 2 (polski tytuł Kac Vegas w Bangkoku) który był kręcony właśnie tutaj.

Ja i Bangkok w 2014…
Wat Pho

Kompleksem świątynnym, który koniecznie trzeba odwiedzić będąc w Bangkoku, jest Wat Pho, znany również pod nazwą Świątyni Leżącego Buddy. Znajduje się w nim ponad 1000 (!) wizerunków Buddy…

Z wizyty w 2014 roku.
Chinatown i Flower Market

Tego dnia odwiedziłam również dwa bazary. Pierwszym z nich był targ chiński, drugim targ kwiatowy. Targ chiński to całkiem obskurne miejsce; labirynt ciasnych uliczek wypełnionych setkami stoisk, na których można kupić dosłownie wszystko. Przysięgam, oprocz standardowej turystycznej tandety, widziałam m.in kamizelki żołnierskie oraz sztuczne silikonowe pośladki (!) Mnie oczywiście w takich miejsach najbardziej interesuje jedzenie. Na targu chińskim znalazłam najbardziej hmm… intrygujące rzeczy które człowiek może zjeść. Włączając w to m.in baluty, czyli gotowane jajka kacze, w środku których znajdują się w pelni uformowane zarodki kaczątek, które je się w całości, z kosteczkami, dzióbkami itd. Skutecznie odebrało mi to apetyt na cokolwiek.

Po odwiedzeniu marketu chińskiego odwiedziłam Flower Market, czyli targ kwiatowy. To zdecydowanie najlepiej pachnące miejsce w Bangkoku. Obejrzeć tam można mnostwo stoisk z świeżo ciętymi kwiatami, np. różami, jak i wieńcami i wianuszkami dla świątyń buddyjskich. Znajdują się tutaj również hale z owocami i warzywami. To tutaj kupiłam jackfruita w dobrej cenie (30 bht). Dla porównania, taka sama tacka jackfruita na Khao San Road kosztowała 60 bht! Niestety było bardzo gorąco (ponad 30 stopni) a mój telefon okazał się nie być tak odporny jak ja. Umarł z błyskawicznego rozładowania i zdjęcie tacki jackfruita jest ostatnim, jakie tego dnia wykonałam. Nie mam niestety zdjęć z zachwycającej Wat Arun ani z krótkiej przeprawy łódką na drugą stronę Menamu, aby do niej dotrzeć. (Za to smród spalin z silnika owej łódki pozostanie w pamięci moich nozdrzy chyba na zawsze).

Miłość do końca życia! Jackfruit!
Wielki Pałac Królewski?

Jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc w Bangkoku jest Wielki Pałac Królewski. Zrobiłam aż trzy podejścia, aby zobaczyć to miejsce. Za pierwszym razem, w 2014 roku, gdy przyszliśmy na miejsce stwierdziliśmy, że jest już w sumie dość późno, więc wrócimy nastepnego dnia. Następnego dnia przyszliśmy wcześniej, ale i tak były już niesamowicie ogromne tłumy i taki ścisk i rozgardiasz, że odpuściliśmy. Tym razem również przeszło mi przez myśl, aby w drodze powrotnej ze spaceru do hostelu odwiedzić Wielki Pałac, ale kilka godzin łażenia plus upał tak mnie wymęczyły, że tylko pomachałam kompleksowi zza jego wysokich murów. Jeśli ktoś z Was miał szczęście odwiedzić to miejsce, to proszę dajcie znać w komenatrzach, czy dużo straciłam!

Ulice i domy… Spacerem po Bangkoku.

Moje wrażenia po drugiej wizycie w Bangkoku

Tego dnia przeszłam 20 kilometrów (co, ze względu na upał, było dość sporym wyzwaniem) jednak pozwoliło mi to zobaczyć jedynie niewielki wycinek Bangkoku. To naprawdę ogromne miasto! Muszę jednak powiedzieć, że te 20 km wystarczyło, abym utwierdziła się w swojej opinii. (A kolejne dwa dni zwiedzania jeszcze tylko bardziej ją umocniły). Nie jestem fanką tego miasta, nie mogłabym tu wytrzymać więcej niż kilka dni.

Bangkok jest dla mnie zbyt głośny, zbyt tłoczony, a ruch uliczny – szczególnie dla pieszego, który wydaje się być w tutejszych rozwiązaniach komunikacyjnych totalnie pominięty – po prostu przerażający. Powietrze to jedna, wielka, bura zawiesina. Rzeka Menam jest tak brudna, że przez poł dnia wymyślałam listę chorób, na które potencjalnie możnaby zapaść po kontakcie z jej wodą. Wszechobecny kurz. Zdecydowanie zbyt mało zieleni. Owszem, odwiedziłam jeden z parków (Rommaninat Park) który jest piękny, ale takich zielonych punktow na mapie Bangkoku jest zdecydowanie za mało. Miasto wydaje się być w miarę czyste (tzn. nie widziałam dużo śmieci na ulicach) ale bardzo zaniedbane.

Miłości między nami więc nie będzie, a Bangkok jeśli jeszcze kiedyś odwiedzę, to jedynie jako punkt przesiadkowy na Koh Chang lub inną tajską miejcówkę. Chciałabym jednak dodać, że spotkałam dziewczynę-backpackerkę, która twierdzi, że Bangkok to jej najukochańsze miasto! Ile ludzi tyle opinii – dlatego najlepiej wszystkiego doświadczyć na własnej skórze i wyrobić sobie własną!

Po trzech dniach postanowiłam udać się gdzieś, gdzie jest spokojniej. Za 15 bht (1.60 zł) wsiadłam do pociągu o standardzie nieco niższym od naszego Inter Regio i wyruszyłam do położonej ok. 80 km od Bangkoku, pełnej zabytków i malowniczych widoków Ayutthayi. Zapraszam na relację jeszcze w tym tygodniu! Jeśli nie chcesz jej przegapić, polajkuj mój Fanpage 🙂

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: