TOP 5: Za co nie lubię Londynu

Choć generalnie muszę przyznać, że Londyn całkiem lubię, to tak jak poprzednio wspomniałam, nie jest to miasto, w którym mogłabym mieszkać przez całe życie. Wszystko za sprawą kilku poważnych wad, którymi charakteryzują się wielkie metropolie, a które sprawiają, że moim największym marzeniem wciąż będzie dom na zadupiu 😛 To znaczy, w położonym blisko gór miasteczku 🙂 Oto najpoważniejsze, według mnie, wady Londynu:

 

1. Metro

„Cuchnące tunele położone głęboko poza zasięgiem światła i życia; korytarze zamieszkałe przez szczury i nasiąknięte sączącymi się z kanałów ściekami, zatrute przez wyziewy z sieci gazowej” – opisał londyńskie metro, tuż po otwarciu w 1863 roku, The Times of London Wydaje się obrazą dla zdrowego rozsądku przypuszczać, że ludzie, którzy w podobnej cenie mogą podróżować na powierzchni, wybiorą nieco szybszy środek transportu po to, by wożono ich wśród namacalnych ciemności przez cuchnące podziemia”.

A jednak! Londyńskie metro w 2017 roku to 270 stacji, 11 linii o łącznej długości 402 kilometrów. 423 sztuki ruchomych schodów. Najdłuższe na Angel – 60 metrów z różnicą 27.5 metra w pionie, najkrótsze na Stratford – tylko 4.1 metra. 196 wind. Ta która zjeżdża najgłębiej – 55.2 metra w dół – znajduje się na Hampstead. Ponad 19 000 pracowników, ponad miliard pasażerów rocznie. Łącznie pociągi pokonują rocznie trasę o długości odpowiadającej 90 podróżom na księżyc.

Bez metra, powiedzmy to wprost, Londyn by zginął. Bo metra używają wszyscy. Choć, zdecydowana większość go nie znosi. A ja – ja metra szczerze nie cierpię.

Powody dla których nie lubię metra:

1. Przez ponad rok codziennie musiałam spędzać w nim godzinę. Dwa razy dziennie! Dojeżdżając i wracając z pracy. Skorzystało na tym moje czytelnictwo – dwie godziny dziennie w skali roku daje kilkadziesiąt przeczytanych książek – ale ucierpiała, i to obawiam się że nieodwracalnie, moja psychika: już chyba zawsze będę mieć urazę do ciasnych, dusznych, zatłoczonych i oświetlanych sztucznym światłem miejsc. Szczególnie pod ziemią.

2. Jest cholernie drogie (mój bilet miesięczny obejmujący 3 strefy kosztował £148), a często się spóźnia i to z tak „ważnych” powodów jak np. opad liści (Autentyk z zeszłego roku. Męczyli się z tymi liśćmi kilka dni). W 2017 roku było okej, ale przedtem metro chętnie i regularnie (kilka razy do roku) urządzało sobie całodniowe strajki.

3. W godzinach szczytu jest zawsze cholernie zatłoczone – na popularniejszych stacjach w centrum tak bardzo, że ludzie czekają na peronie na kilka kolejnych składów, aby wejść do środka, a potem podróżują ściśnięci niczym sardynki w puszce. Szczególnie obrzydliwe jest to w lecie, bo każdy jest wtedy przepocony.

4. W metrze nie obowiązuje jakakolwiek kultura. I nie mówie tu jedynie o ustępowaniu miejsca – mam wrażenie że jeśli się ustępuje, to tylko kobiecie w widocznej ciąży albo osobom w naprawdę podeszłym wieku – ale niektórym osobom wydaje się, że w metrze można robić wszystko. Na przykład wymachiwać sypiącym się od pudru pędzlem do makijażu albo wyczesywać kudły, nie zważając na współpasażerów. Moi znajomi niejednokrotnie napotkali na osoby obcinające sobie w metrze paznokcie – ja na szczęście nie, ale może tylko dlatego, że nos trzymam zazwyczaj w książce.

5. Temperatura w metrze jest zawsze średnio o 10 stopni wyższa niż na powierzchni. Tak więc w gorące letnie dni, wszyscy się duszą, niemiłosiernie pocą a niektórzy nawet i mdleją.

Powody, dla których czasem lubię metro:

Tylko jeden. Można szybko dojechać w różne miejsca. (Choć szybko to pojęcie względne).

2. Tłok i brud.

Proponuję nową dyscyplinę olimpijską: Przejście na czas odcinka Wood Green – Turnpike Lane w sobotnie popołudnie. Albo slalom na Oxford Street, najdłuższej handlowej ulicy miasta. Wycieczka na Borough Market to z reguły dobry pomysł – o ile nie odbywa się ona w sobotnie południe. Tłumy, które się tam przewijają, mogłby stratować wojska krzyżackie w Bitwie pod Grunwaldem. Jeśli nie lubisz tłumów, kolejek i hałasu, odpuść sobie również zwiedzanie wszelkiego rodzaju muzeów, wystaw i galerii w weekendy.

Podobnie z zakupami w bardziej modnych miejscach. Gdy moja siostra wychodziła za mąż, potrzebowałam nowych szpilek. Nie byle jakich, bo wiadomo, wyjątkowa okazja wymaga wyjątkowych butów. Więc tłukłam się w ścisku i duchocie metrem do położonego na Oxford Street butiku… tylko po to, by po dokładnie piętnastu minutach z przerażeniem z niego uciec. Sklep był przepełniony do tego stopnia, że nie dało się w nim normalnie spacerować. Ludzie przepychali się i szturchali. Na samej ulicy zresztą też nie było lepiej.

Tam, gdzie jest tłok, najczęściej jest też brud. Nie inaczej jest w przypadku Londynu. Irytuje mnie, że gdy wychodzę gdzieś wcześnie rano – powiedzmy, przed siódmą, bo wtedy śmieciarze nie zdążyli jeszcze wszystkiego uprzątnąć – i widzę efekty imprez z poprzedniego dnia. Rozrzucone wszędzie pudełka po frytkach i skrzydełkach kurczaka, plastikowe kubki po coli i papierowe chusteczki. Opakowania po chipsach. Puszki po piwach. Niedopałki po papierosach. Słowem: jeden wielki burdel. Nie powiem, że tak jest w całym Londynie – w tych bardziej reprezentacyjnych dzielnicach jest lepiej – ale Wood Green i generalnie północny Londyn są naprawdę brudne.

Problem, który z pewnością występują w całym Londynie, to problem kubków po kawie. Londyńczycy uwielbiają kawę i każdego poranka widzisz setki ludzi spieszących do pracy z kubkiem kawy od Starbucksa czy Costy. Większość z nich jednak nie ma pojęcia, że te kubki totalnie nie podlegają recyklingowi, w związku z czym ich żywotność trwa jakieś pięć do dwudziestu minut – czyli do momentu kiedy wypijesz tę swoją latte i kubek wyląduje w koszu.

Wood Green wczesnym porankiem…
3. Zanieczyszczone powietrze

Kupiłam sobie kiedyś rower. Piękną i szybką kolażówkę. Szczęśliwa, że pokażę środkowy palec TfL (Transport For London – zarządzajacy transportem miejskim) i będę dojeżdżać do pracy rowerem. Kupiłam dodatkowe światła, kask, zapięcie rowerowe – w Londynie totalnie obowiązkowe. Wierząc, że czas dojazdu skróci mi się o jakieś 30 minut a ja będę odtąd żyć długo i szczęśliwie… Ależ byłam naiwna!

Rzeczywiście, czas dojazdu się skrócił – jak przycisnęłam, to późnym wieczorem nawet o 40 minut. Ale co z tego, skoro na trasie mojego dojazdu był śmierdzący Tottenham. Gdy jechałam, z każdym oddechem czułam, jak spaliny oblepiają mi cały nos, krtań i płuca. Obrzydliwość, totalna obrzydliwość!!!

Gdy zaczęłam pracować na Hammersmith, było chyba jeszcze gorzej. Już nie jeździłam na rowerze, ale wysiadałam stację wcześniej i szłam do biura na piechotę. To miała być taka moja codzienna dawka ruchu, coś dla zdrowia. Bynajmniej! Wielokrotnie idąc, z obrzydzenia wstrzymywałam powietrze, bo spaliny śmierdziały tak niemiłosiernie, że zbierało mi się na wymioty.

Jest naprawdę źle. W mediach, w kontekście walki z zanieczyszczeniem powietrza w Londynie, mówi się już o KRYZYSIE. Cenię działania burmistrza Londynu, Sadiqa Khana, dążące do tego, aby Londyn był czystszy i bardziej zielony, ale niestety, do ideału jest dalej niż z dna Rowu Mariańskiego na szczyt Everest.

Chwila wytchnienia od miasta? Działki na Wembley…
4. Nikt nigdy nie ma czasu

A jak mieć czas, gdy spędzasz osiem godzin w pracy, godzinę na lunchu i dwie godziny w metrze dziennie?

Wszyscy nieustannie się spieszą. A z pośpiechem wiąże się stres. Miasto żyje 24 godziny na dobę. Mało kto kładzie się wcześnie spać, a poranki ratuje się kawą. Bardzo trudno umówić się z grupą przyjaciół, bo co chwila każdemu coś wypada. Sama nie byłam lepsza. Często umawiałam się na kawę z dwutygodniowym wyprzedzeniem, bo wcześniej zwyczajnie nie miałam kiedy. Totalna paranoja. Do tego poczucie, że nieustannie musisz być online.

Zdaję sobie sprawę, że cały świat przyspieszył tempo, ale w Londynie przybrało to jakieś irracjonalne rozmiary.

Czas to pieniądz!
5. Koszmar wynajmowania mieszkania

Jeśli chcesz wynająć zadbane mieszkanie z miejscem na auto lub rower i możliwością trzymania zwierzaka, w przyjemnej części miasta, w przystępnej cenie i na uczciwych warunkach – to może od razu zacznij szukać poza Londynem. Mieszkania w Londynie z reguły są horrendalnie drogie, ciasne, obskurne i wynajmowane na niekorzystnych warunkach.

Znaleźć mieszkanie w dobrym stanie na wynajem wcale nie jest tak łatwo – landlordowie jakoś specjalnie o stan mieszkań nie dbają, bo wiedzą, że i tak znajdą na nie chętnych. A jeszcze znaleźć takie, na którego czynsz nie wydasz całej wypłaty – to prawdziwa sztuka. Dlatego właśnie wielu ludzi – nie tylko singli, ale także pary, a nawet całe rodziny – wynajmują pokoje. Mam wrażenie, że połowa Londynu żyje na pokojach.

Przeglądając oferty, widziałam chyba już wszystko. Pokój bez okien. Mieszkanie typu studio z przerobionego na szybcika warsztatu w ogrodzie. Pokój, w którym przy łóżku był klozet. Pokój typu „box” – w którym mieściło się tylko pojedyncze łóżko i kompletnie nic innego. (Klaustrofobia murowana!) Wynajem ustawionej na podjeździe przyczepy campingowej. Widziałam nawet ofertę wynajmu kawałka podłogi w czyimś pokoju! (A dokładnie rozkładanego na noc materacyka). Głośno mówi się także o ludziach, którzy mieszkają w pływających po londyńskich kanałach barkach i dostosowanych do mieszkania w nich vanach – nie tyle dlatego, że lubią taki lifestyle, a po to, aby zminimalizować koszty życia w światowej metropolii.

No to sobie ponarzekałam! Dla równowagi zapraszam do postu TOP 5: Za co lubię Londyn. Prawdą jest, że mieszkanie w stolicy Wielkiej Brytanii ma zarówno zalety jak i wady – i tak naprawdę wszystko zależy od tego, czego my sami potrzebujemy. Jeśli lubisz być w ruchu, wśród ludzi, z szybkim dostępem do różnorodnej rozrywki, jeśli zależy Ci na karierze – mieszkanie w Londynie może okazać się trafnym wyborem. Trzy lata spędzone w tym mieście były owocne również dla mnie. Z całą jednak pewnością nie chciałabym spędzić tam całego życia. Zbyt bardzo cenię sobię przestrzeń, przyrodę, spokój i wolność. I myślę, że w przyszłości poszukam ich gdzie indziej…

Holy TravelRocks! Podobał Ci się dzisiejszy wpis? Powiedz to światu! Kliknij „Like” i podziel się z innymi: